EDK Lublin – Wąwolnica 24.03.2017

Zapewne powodów do uczestnictwa w EDK było wiele. Nie jest tajemnicą, że nie ma wśród nas ludzi świętych – za to oczywistym jest, że każdy z nas, ma coś – za co winien dziękować Bogu i składać prośby w konkretnych intencjach.

Po wspólnym uczestnictwie we Mszy świętej, w przepełnionej lubelskiej Archikatedrze, wyruszamy w drogę 7-osobym składem. Trasa, którą obraliśmy, liczyła 46km i obejmowała poszczególne rozważania drogi krzyżowej, w różnorakich warunkach.

Dodatkową motywacją dla niektórych z nas, był jak dotąd nieznany wysiłek fizyczny z tym związany. Dość szybko okazało się, że samo założenie zmęczenia pieszą wędrówką – przejdzie najśmielsze oczekiwania, ponieważ już po 20 km dało się odczuć dyskomfort, po 25km – zmęczenie, a od 30stu km – rozpoczęła się swoista walka o każdy kilometr, w której nieodzownym towarzyszem był ból, związany z różnego rodzaju dolegliwościami. I to wszystko pomimo młodego wieku, oraz w miarę systematycznej aktywności fizycznej. A przecież w całym przemarszu, konsekwentnie brały udział także osoby starsze, kobiety i dzieci.

Podczas naszej podróży oprócz rozmów o pierdołach, a także kwestiach kibicowskich, oraz patriotycznych, niejednokrotnie podejmowaliśmy tematy, związane z mocnymi doświadczeniami oddziaływania siły Ducha Świętego.

Co do samej wędrówki, nie licząc krótkich przestojów (ok 5-10 minut, podczas jednego z nich podszedł do nas wielki kudłaty pies, którego nazwaliśmy alf, z racji dość nietypowego wyglądu i rasy) krok po kroku, napotykaliśmy coraz to kolejne  trudności natury fizycznej związane z tym dość nietypowym jak na dzisiejsze warunki wysiłku.

Nadmienię tutaj, że chyba przez zmęczenie, organizm uruchomił pewien mechanizm obronny w postaci śmiechu, co biorąc pod uwagę okoliczności miejsca w którym się znaleźliśmy, było to nieodpowiednie, bo mogliśmy wprowadzić nieco niepokoju wśród ludzi, którzy modlą się w ciężkich warunkach, w skupieniu i w duchu umartwienia. Przypuszczam więc, że było to dość nietypowe zachowanie jak na drogę krzyżową, ale przynajmniej typowe dla nas, jako kibiców lubelskiego Motoru, którzy jak zawsze trzymają swój ‘stały poziom’, niekoniecznie w dobrym tego słowa znaczeniu, heh. A może i tak miało być, aby inni mogli przez nas poćwiczyć swoją cierpliwość, i to w sytuacjach kryzysowych. Z resztą gdy w naszym towarzystwie, wyśmiewałem pewnego dziadka, który ledwo kroczył, sukcesywnie doczepiając jedną nogę do drugiej – zastanawiałem się jakim cudem pokona ten trudny dla wszystkich odcinek trasy, a on i tak finalnie znalazł się przed nami (zakładam, że robił bardzo krótkie przestoje).  Koleżka wspominał później o tzw. ‘Moherowych beretach’, które maszerują np. z Białegostoku do Częstochowy, po czym wracają do domu, aby następnego dnia wyruszyć w trasę Białystok-Wilno. Jak widać, nawet starszej daty ‘armia Boga’, ma się w Polsce całkiem dobrze.

Mniej więcej w połowie drogi jeden z nas (pomimo obaw podyktowanych poprzednimi kontuzjami – dotyczącymi zupełnie innych miejsc, niż te w których pojawiły się dolegliwości) miał poważny problem ze stopą, która napuchła mu w taki sposób, że przez pewien czas szedł nawet ze łzami w oczach i w pewnym momencie, zastanawiał się nad wyłączeniem z drogi. O dziwo, sam (nie znając przecież jednostki bólu z którym ów chłopak miał się zmierzyć) zasugerowałem, że skoro tak to wygląda, to może warto rozważyć powrót do domu. Jednak nasz kolega, podniósł go na duchu i powiedział, żeby ten szedł dalej, co z resztą uczynił. Jeszcze innemu uczestnikowi naszego marszu, pod koniec, odnowił się uraz po dawnym złamaniu kości, mnie z kolei kuło udo (dosłownie jakby wbijało się w kolano), poza tym, ogólnie odczuwałem ból w okolicach kolan (mam zwyrodnienie kolana, cierpię też na skoliozę kręgosłupa, i choć trochę biegam – to zupełnie inny wysiłek), kogo innego obtarły buty (i to już po połowie!) a jednak do Sanktuarium Matki Bożej Kębelskiej w Wąwolnicy, dzięki Bogu, dotarliśmy wszyscy.

Jednakże, chyba najważniejszymi momentami podczas drogi, były umysłowe przebłyski, przebudzenie pewnej świadomości tego, co zrobił dla nas Jezus w dziele zbawienia, kiedy to więziony i katowany, poddał się okrutnym torturom, a w rezultacie śmierci krzyżowej – wszystko dla odkupienia win, i to za darmo, z miłości dla nas – grzeszników.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *