Club Brugge – Śląsk Wrocław 08.08.2013

Wyjazdy w ramach Europejskich Pucharów dla wielu są spełnieniem wyjazdowym, lub przynajmniej dużą odskocznią od szarej ligowej (w naszym przypadku IV ligowej) codzienności. Na debiut czekałem dość długo, bo w pierwszym sezonie wojaży naszej zgody z Wrocławia z kilku powodów nie dane mi było ruszyć na europejski szlak.

Dlatego, gdy w kolejnym sezonie Śląsk znów zameldował się w grupie drużyn grających w Pucharach postanowienie mogło być jedno, dodatkowo zawartość portfela sprzyjała planom wojaży. Bez dłuższego namysłu, siedząc w pracy, po usłyszeniu wyników losowania postanowiłem wykonać parę telefonów do ziomków. Odzew był natychmiastowy i skład do fury szybko został skompletowany. Krótki okres dzielący losowanie od wyjazdu upłynął nad wyraz szybko i nadszedł wreszcie dzień wyjazdu. Startowaliśmy w piątek, co nieco utrudniło moje przygotowania, bo tego dnia od rana siedziałem jeszcze w pracy. Gdy wybiła 15 opuściłem szybko biurko i wpadłem do domu na szybkie pakowanie i jeszcze szybszy start z ziomkiem w kierunku Bełżyc, gdzie dosiadł się trzeci fanatyk Motoru.

Pierwsza część trasy prowadziła do Wrocławia, gdzie przesiedliśmy się w lepszy pojazd koleżki – kibica Motoru obecnie mieszkającego we Wrocku. Po godzinie 23 wyruszyliśmy z Wrocławia w kierunku Berlina. Podróż nocna mijała dość mozolnie, z małymi atrakcjami turystycznymi (np. zgubienie trasy na obwodnicy Berlina w ulewną burzę). Kilometry autostrad niemieckich ciągnęły się bez końca i nad ranem dotarliśmy dopiero w 4-osobowym składzie do kolejnego Motorowego emigranta (wówczas kolega mieszkał pod Dortmundem – Pozdro K.!) Korzystając z okazji chwilowego postoju zaczerpnęliśmy dobrodziejstwa jakim jest bieżąca woda i po szybkim prysznicu ruszyliśmy dalej przez tereny Beneluxu. Po przejechaniu Holandii dotarliśmy w miarę dobrym tempem do Belgii, gdzie postanowiliśmy skorzystać z uroków tego kraju. Udaliśmy się zatem do pobliskiego Brugii miasteczka Ostende.

Jest to belgijski kurort wypoczynkowy, jeden z ładniejszych w tyn regionie. Tam rozprostowaliśmy kości i korzystaliśmy z uroków belgijskiej plaży, czas umilając sobie zimnym browarkiem i widokiem plażowiczek opalających się topless. Było to chyba nagrodą od losu za 12 godzin spędzonych w trasie w WV Polo:) Po 4-godzinnej sieście ruszyliśmy w stronę Brugii, gdzie zaplanowaliśmy odrobinę zwiedzania.

Miasto nie wątpliwie urokliwe, jak mawiają „Wenecja północy”.

Kto oglądał film „Najpierw strzelaj, potem zwiedzaj” będzie poznawał wszelkie zakątki miejskiego rynku. Na trasie jak i na mieście pełno kibiców Śląska zapowiadało pełny sektor gości i tak też było. Czas do meczu zleciał szybko i trzeba było udać się na stadion. Wejście w naszym przypadku bezproblemowe, więc zameldowaliśmy się sporo przed pierwszym gwizdkiem.

Doping Śląska wspieranego przez wszystkie zgody tego dnia stał na bardzo dobrym poziomie, do czego przyczyniła się gra kopaczy, którzy tego dnia grali emocjonujący mecz. Wynik pierwszego spotkania dawał duże szanse na awans. Kulminacyjnym momentem było odpalenie ok 70 rac, co dało fantastyczny efekt.

Co do gospodarzy młyn stworzyli na przeciwległej trybunie, ale nie pokazali niestety nic szczególnego. Sporadyczny doping przy dobrej frekwencji pokazał że tego dnia nie istnieli praktycznie wcale. Co do samego stadionu: stary, ale dość klimatyczny, z dobrą akustyką i mocno pionowymi trybunami. Tego dnia wspieraliśmy Śląsk w 25 osób i zajęliśmy lewy górny róg sektora gości, który był pokaźnych rozmiarów. Zawisła także jedna nasza flaga w barwach narodowych. Ogólna liczba Ślaska ze zgodami tego dnia to 1550 osób. Spotkanie zakończyło się wynikiem 3:3, co dało w ostatecznym rozrachunku awans do kolejnej rundy. Jak to w zachodniej Europie po meczu każdy udał się do swoich środków transportu i ruszył w drogę powrotną, a ta liczyła sobie kolejne dla nas ok 1600 km.

Droga powrotna jak i w pierwszą stronę odbyła się z postojem pod Dortmundem i krótkiej przerwie na sen. Po regeneracji ruszyliśmy w kierunku Wrocławia, bo w planach właśnie tam postanowiliśmy kolejny raz odpocząć, jeśli w ogóle się tam da…:) Tak więc piątek spędziliśmy we Wrocku na gościnie. Kolejny etap maratonu wyjazdowego to sobota i tym razem prosto z Wrocka postanowiliśmy obrać kierunek Kraków, gdzie Motor grał swoje spotkanie ligowe z Garbarnią. Tam lekko spóźnieni docieramy pod stadion, a kto był na tym wyjeździe resztę relacji już zna. Czterodniowy trip z 2 zaliczonymi wyjazdami i po przejechaniu około 3300 km i 74 godzinach to masa wspomnień, wrażeń i przeżyć. Podsumowując, europejskie wojaże to mega odskocznia od ligowej monotonii i rutyny, kto jeździ dobrych parę lat to pewnie rozumie. Polecam taką przygodę każdemu, o ile nadarzają się takie okazje i pozwolą na to finanse i możliwości urlopowe.

Więcej zdjęć:

Jedna myśl nt. „Club Brugge – Śląsk Wrocław 08.08.2013

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *