Historia Roja – czyli pytanie, czy to dobrze, że powstają takie filmy?

Na wstępie zaznaczę, że nie należę do wybrednych krytykantów kinematografii. Nie jestem gościem, który w każdej scenie by coś poprawił, dla którego nie ma filmu 10/10 i który z pobłażaniem patrzy na rodzimą scenę filmową ze zblazowaną miną mówiąc „Polacy nie powinni robić filmów”. Wręcz przeciwnie – większość obejrzanych obrazów mi się podoba. Mniej lub bardziej, ale jednak niemal zawsze obejrzane filmy budzą we mnie pozytywne emocje. Dodatkowo do oceny  polskich produkcji podchodzę z lekko przymkniętym okiem na różne niedociągnięcia, mając świadomość że nasze kino ma nieco gorsze warunki finansowe i warsztatowe niż to za oceanem. Zbierając to wszystko do kupy, moja postawa jest taka, że naprawdę ciężko jest zrobić polski film, który by mi się nie podobał. A piszę o tym dlatego, że niestety autorom filmu „Historia Roja” ta niebywała sztuka się udała.

Polska lubuje się w kinie historycznym. Zresztą nic dziwnego, bo ani tematów nie brakuje, ani też nie trzeba się jakoś specjalnie silić bo taki film ciężko spieprzyć. Wystarczy w miarę sumiennie przedstawić dany fakt historyczny, wpleść w to bohaterów, trochę popracować przy scenografii i po krzyku. Wraz z popularyzacją tematyki Żołnierzy Wyklętych wśród Polaków, należało przypuszczać że prędzej czy później również bohaterów oporu antykomunistycznego będziemy mogli oglądać na wielkim ekranie. No i stało się. Po kilkulatenich finansowych perturbacjach do kin trafiła „Historia Roja” (zdjęcia do filmu skończyły się bodajże w 2010 roku, więc obsuwa znaczna). Może nie czekałem z wypiekami na twarzy, ale wiedziałem, że na pewno wybiorę się do kina. Nie miałem też jakichś wielkich oczekiwań, spodziewałem się zwykłej biografii postaci historycznej. Czegoś jak „Generał Nil”. „Generałowi Nilowi” film ten jednak nie dorasta nawet do pięt (a przecież nie mówimy o arcydziele sztuki filmowej).

Nie będę – chociaż przecież mógłbym – czepiał się gry aktorskiej. Nie będę wyszukiwał jakichś drobiazgów, nie będę też oceniał zgodności  filmowej faktografii z rzeczywistością, bo ani nie chce mi się w tym babrać, ani nie jestem jakimś specem. To wszystko istotne sprawy, ale nie zepsują mi odbioru filmu. Obejrzałem i zajarałem się Czasem Honoru z antyaktorem Wesołowskim i półaktorem Zakościelnym, w którym (zgodnie z natrafionymi tu i ówdzie opiniami pasjonatów historii) bardzo wiele rzeczy nie mogło się wydarzyć w rzeczywistości. Na wszystko przymknąłem oko bo szczerze mówiąc nie rusza mnie to. W Historii Roja mamy natomiast do czynienia z grzechem dla filmu najcięższym – brakiem sensownego i logicznego scenariusza….

Od samego początku seansu nie za bardzo wiadomo kto, co i dlaczego. Gdzieś ze 40 minut zajęło mi upewnienie się, że tytułowy bohater to aby na pewno ta postać o której myślę. Teoretycznie początek filmu ma charakter wprowadzający – ktoś zostaje zabity przez ruskich, ktoś później zabija ruskich. Wszystko jest jednak przedstawione w taki sposób, że nie wiadomo czy oba zdarzenia są jakoś powiązane, czy po prostu jest to taka o strzelanina od czapy. Po jakimś czasie okazuje się, że ten pierwszy co go zabili i jeden z tych co później zabijali ruskich (ale nie miałem ani przez moment pewności który), to bracia. Później, z jakiegoś powodu w jakiś sposób znajdują się oni (ci co zabijali ruskich) na zakrystii jakiegoś kościoła, gdzie składają przysięgę. Od tego momentu możemy zaobserwować zlepek scen na których bohaterowie coś robią. Komunista strzela we wsi do figury Matki Boskiej. Zostaje porwany i upomniany że tak nie wypada. Koniec wątku. Za chwilę ktoś do kogoś strzela, ktoś ucieka, ktoś ginie (nie wiadomo za bardzo kto). Coś wybucha. Następna scena. Jakiś wysoki rangą komunistyczny zbrojny zostaje zastrzelony, wywiązuje się strzelanina. Obie strony strzelają do siebie. Następna scena. Ktoś gdzieś odnalazł swojego ojca który jest komunistą. Odbywa z nim rozmowę. Oddział wpada i przykładnie karze komunistę. Następna scena. Żołnierze wracają do swojego obozu który jest zniszczony. Ktoś mówi do kogoś, że ktoś został zabity a ktoś uwięziony. Następna scena. Odbywa się wesele, oddział wpada na wesele i jedną z osób obija za donosy. Później żołnierze zostają na weselu. I tak w kółko. Jaki jest przez cały ten czas główny wątek? Nie ma go. Akcja zawiązuje się dopiero w momencie, kiedy główny szwarccharakter otrzymuje polecenie odnalezienia Roja „bo ubijem”. No więc szuka. Jak? Głównie pije wódkę i krzyczy do wszystkich dookoła że znajdzie Roja. Dodać należy, że w tym momencie za nami jest już jakaś godzina seansu zlepku „scen z życia partyzantów”. O ile nie półtorej. W tym czasie ktoś wpada w jakąś zasadzkę, ktoś ginie, ktoś ucieka. Standard.

Krzysiek Zalewski z Idola, czyli tytułowy Rój zaczyna regularnie uczęszczać do pewnej dzierlatki. Po prostu w ponad połowie filmu reżyser wprowadził żeńską postać którą odwiedza bohater. Skąd się znają, jakie są ich dotychczasowe relacje, jak ona widzi ich wspólną przyszłość? Nie wiemy i nie dowiemy się już nigdy. Po prostu jest bo jest (na dobrą sprawę nie pamiętam, czy powiedziała w ogóle cokolwiek). W tym czasie Wyszomirski – bo tak nazywa się ubek szukający Roja – wespół z Panem Jędrulą dalej piją wódkę. Rój idzie przez sad z jabłkami. Skądś dokądś, nie wiemy. Idzie. Zauważają go milicjanci i gonią. Wskakuje do dołu i każe się zasypać. Następnie budzi się u jakiejś wywłaszczonej hrabianki która mówi mu, że honor i Ojczyzna są najważniejsze. W międzyczasie Wyszomirski z Jędrulą aresztują jego matkę i młodszego brata. I tak w kółko. Nic co dzieje się na ekranie nie jest ze sobą powiązane.

Nie będę rzucał spojlera odnośnie zakończenia, chociaż każdy kto ma trochę świadomości historycznej wie jakie było. Wszechobecny chaos powoduję, że film jest strasznie nudny. Przez długi czas nie możemy wkręcić się w żaden wątek, bo go po prostu nie ma. Później niby jest – ubecy szukają Roja, on przed nimi ucieka. Ale na dobrą sprawę ani przez chwilę nie można odczuć żadnego napięcia związanego z tą sytuacją. Ubecy nie mają za bardzo pomysłu jak schwytać  Dziemieszkiewicza, on też nie ma zbytnio przed czym uciekać. Większość filmu to sceny batalistyczne na zmianę z patetycznymi monologami. Scenarzyści nie zafundowali nam w tym wypadku żadnych emocji – ani nie czujemy strachu związanego z tym, że bohater filmu wpadnie w jakąś z zasadzek ubecji (oh, wait, jakich zasadzek?), ani tak naprawdę nie poznajemy bohatera bliżej bo przez cały film mówi o Bogu Honorze i Ojczyźnie, sowieckich zdrajcach, ale absolutnie nic osobistego. Przez cały film nie ma on również żadnego dylematu, w żaden sposób nie zostaje przedstawiony tragizm postaci która poświęciła swoje życie walce o Polskę. Po prostu – był sobie taki i taki człowiek, strzelał do komunistów, komuniści do niego, z walki wyszli zwycięsko ci drudzy. Koniec kropka.

Autor filmu zastanawia się publicznie, dlaczego „Ida” otrzymała Oscara a „Historia Roja” nie. Po obejrzeniu obu, mimo że uważam oscarowy film Pawlikowskiego za co najwyżej przeciętny (tak, otrzymał on nagrodę ze względów politycznych i nie ma tu żadnej dyskusji), to jednak powyższy dylemat świadczy o bardzo odległym oderwaniu od rzeczywistości. W kategorii „film” recenzowane dzieło nie ma absolutnie nic do zaoferowania. W kategorii „temat” owszem. Warto jednak zadać sobie pytanie, które postawiłem w tytule. Czy to dobrze, że powstają takie filmy? Czy to dobrze, że młodzież licealna, albo nie daj Boże gimnazjalna pójdzie tabunami na niemal 3 godzinny, nudny i patetyczny film o Żołnierzach Wyklętych? Czy zainteresują się dzięki niemu tematem? Czy może trwale włożą go w swoich młodych umysłach do szuflady „nie dotykać, nic ciekawego”, której być może nigdy już nie otworzą? Czy to dobrze, że w Internecie całe stado obrońców wyzywa od lewackich kurew każdego, kto ośmieli się napisać, że marny film jest marnym filmem, utrwalając tym samym wizerunek narodowca oszołoma bez krzty realizmu? Czy to dobrze, dla kolejnych filmów o Wyklętych, że pierwszy z nich został aż tak skopany? Czy nie odbije się to przypadkiem negatywnie na frekwencji w kinach i szczodrości sponsorów przy następnej produkcji? I na deser pytanie, na które odpowiedź boli mnie najbardziej – czy nie szkoda marnować takiego tematu, na tak mizerny film(bo nie oszukujmy się, drugi film o Roju nie powstanie już nigdy)? Niech każdy odpowie sobie sam…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *