Recenzja: „Jestem Kibolem” – Krzysztof Korsak

jestem-kNie lubię kibicowskiej rozrywki. Książek, muzyki, filmów – dopóki nie są wartościowe przez cokolwiek ponad tematykę, dopóty nie znajdą we mnie swojego zwolennika. Żebyśmy się dobrze zrozumieli – nie mówię, że takie rzeczy nie powinny powstawać – po prostu wymagam od nich czegoś więcej niż tylkoprzekazania jakiejś tam historii osadzonej w świecie kiboli. Do wszystkich tego typu przedsięwzięć zawsze podchodziłem ze sporym dystansem i generalnie jeżeli ktoś mi czegoś wyraźnie nie polecił, nie zawracałem sobie tym głowy. Tak było na przykład z filmem „Okołofutbola” który polecali mi chyba wszyscy dookoła – sprawdziłem i nie zawiodłem się. Z książką jest natomiast trudniej z prostej przyczyny – z książkami, nawet tymi kibicowskimi, obcuje troszkę mniej kiboli, niż z filmami. Książki „Jestem kibolem” nikt mi zatem wyraźnie nie polecił, więc ciśnienie na przeczytanie jej nie było u mnie duże, szczególnie, że w kolejce czekało kilka innych, niekibicowskich pozycji (chętnie bym kilka polecił, ale to nie miejsce na to 😉 ). I pewnie nie zebrałbym się za nią, gdybym nie dostał jej w prezencie…

Dobra, dość tego przydługiego wstępu. Lekturę tej pozycji zacząłem od jej początku – brzmi kretyńsko, ale tylko pozornie. Szybko zorientowałem się, że każdy rozdział książki przyporządkowany jest osobnemu meczowi. Zorientowałem się również, że jest rozdział odnośnie meczu z Motorem – przyjąłem to ze sporym entuzjazmem, bo byłem obecny na obu naszych wyjazdach do Gorzowa Wielkopolskiego. Faktologicznie totalnie mi się to jednak nie zgadzało, bo tutaj mowa była o jakiejś początkowej kolejce, a oba nasze wyjazdy były w okolicach maja/czerwca. Wtedy właśnie odkryłem na końcu książki adnotację od autora, że wszystkie te wydarzenia są inspirowane faktami ale nie są prawdziwe. Uf, kamień z serca, autorze, chwała Ci za to. Czytałem kiedyś jakąś megalomańską książkę o chuliganach Chelsea, którzy w  30 osób przegonili całą Anglię, pół Europy, a jakby trzeba było to przegoniliby cały świat (oczywiście hiperbolizuje, ale nie tak bardzo jak by się mogło wydawać). Całe szczęście kibol Stilonu uchronił mnie od ciągłego powtarzania „taa, jasne” – super informacja. Szkoda, że na końcu książki, a nie na jej początku bo wiele osób miałoby zupełnie inną optykę odbioru i podchodziłoby do całości z dużo większym zaciekawieniem. Serio.

Tak jak pisałem wcześniej, miałem przed podejściem do tej lektury obawy, czy aby na pewno jest w niej coś więcej, niż jakaś historia osadzona w świecie kibiców. Otóż jest – książka tak naprawdę tylko udaję fabularną. W rzeczywistości jest to garść przemyśleń odnośnie życia kibica, stopnia poświęcenia tej pasji, ilości wyrzeczeń. W „Jestem kibolem” jest zdecydowanie więcej „jestem” niż „kibolem”. I to dobrze. Dobrze dla tych, którzy kibicowanie znają z własnego życia – to książka dla tych, którzy nie muszą oglądać i czytać kibicowskich wspomnień, bo sami mają własne, których nic nigdy nie przebije. Odniosłem wrażenie, że wszystkie wątki fabularne są wykreowane głównie po to, żeby umożliwić przekazanie jakiejś myśli. Swoją drogą budzi to moje poważne obawy odnośnie filmu który powstać ma na podstawie tej pozycji, bo bardzo ciężko przekazać będzie jej główną wartość. Ludzie oczekują głównie akcji, a tutaj większą wartość mają rozmowy (chyba, że wyreżyseruje to Tarantino ze swoimi półgodzinnymi dialogami które mimo wszystko trzymają w napięciu). Z drugiej strony, szkoda że laik (i mówię tu głównie o tych laikach, którym się wydaje że nimi nie są, tj. osiemnastolatkom którzy wiedzą z kim zgody mają Legia i Lech, mają po 6 wyjazdów,  i polubione wszystkie popularne fanpejdże kibicowskie na fejsbuku – serio chłopaki, nie jesteście kibolami, tylko plagą tego środowiska) nie mógł liznąć więcej z kibicowania. Szkoda, że autor nie wspomniał o czekaniu po kilka godzin na dworcu, wyjazdowych problemach z psami, robieniu sobie jaj w pociągu, malowaniu opraw noc w noc przez tydzień (chociaż tu akurat autor pomiędzy wierszami przyznał, że to nie jego klimat, tego również szkoda, bo to kawał kibolskiego życia, czy chociażby o niezapowiedzianym wyjeździe Stilonu do Lublina w kilkanaście osób. Mówiąc wprost cała powieść jest za krótka o jakieś 100-150 stron które przedstawiłyby trochę większą gamę kolorów kibicowskiego świata. Mi osobiście tego nie brakuje do tego, żeby uznać „Jestem Kibolem” za pozycję dobrą. Jakkolwiek bez tego nie można uznać, że kibic Stilonu wyczerpał temat. Inna sprawa, że życie kibicowskie jest wszędzie inne. Zapewne inaczej kibicuje się Legii, inaczej Lechowi, inaczej Motorowi, inaczej Cracovii, a jeszcze inaczej Stilonowi Gorzów. Każda ekipa w Polsce ma jakieś tam swoje smaczki i klimaty, więc temat jest z rodzaju tych nie do wyczerpania.  Zostaje zatem spore pole do popisu dla innych, którzy chcieliby sprawdzić się w roli pisarza.

Co mi w „Jestem kibolem” nie odpowiada? Uważam, że motyw z końcówki książki jest bardzo naciągany. Tzn. może nie tyle sam motyw, co podejście do niego – bo przekonanie świata do takiego rozwiązania to jedno, ale nie został w ogóle podjęty temat tego, jakby to zrobić żeby było to legalne. Dlatego pod-tytułowa ustawka z Dodą w tle jest strasznie oddalona od rzeczywistości. Karykaturalnie wygląda szok wszystkich po kolei na myśl o takiej opcji przy jednoczesnym braku pytania „ale niby jak to zalegalizować?”. Ale rozumiem, że taka koncepcja science-fiction nie musi być spójna. Druga sprawa, to opisy erotyczne – momentami wydawało mi się, że twarz kibica jest „pięćdziesiąta pierwszą twarzą Graya” (nie to, żebym czytał to ‘dzieło’, ale koncepcje tej książki zna chyba każdy), albo generalnie jakbym czytał jakiegoś tekstowego pornola. Jest tego trochę za dużo i trochę zbyt dokładnie, przynajmniej jak na mój gust. Przejaskrawiona jest też postać Obiada, bo chyba nie spotkałem nigdy aż tak rasowego przygłupa – a już na pewno nie na stadionie. No, chyba że postać ta jest oparta na realnej postaci z ekipy Stilonu – wtedy zwracam honor ;). Są to jednak niuanse, które nijak mają się do całego odbioru książki.

Podsumowując „Jestem Kibolem” to dość dobry opis codziennego życia kibica piłkarskiego, a raczej łączenia pasji kibicowskiej z ‘normalnym’ życiem. Nawet osoby dość wybrednie podchodzące do stadionowej pop-kultury znajdą w tej pozycji coś więcej niż tylko garść historyjek z pogranicza rzeczywistości i wyobraźni, za co zdecydowany plus dla autora. Swoją twórczością zawiesza on poprzeczkę wysoko, ale zdecydowanie nie jest to ostateczne słowo w kwestii polskiej literatury stadionowej. Miejmy nadzieję, że ktoś wkrótce podejmie próbę powieszenia poprzeczki jeszcze wyżej. Być może sam autor „Jestem Kibolem”?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *