Dundee United – Śląsk Wrocław 21.07.2011

67Pamiętacie swój pierwszy wyjazd ? W sumie głupie pytanie, każdy pamięta. A pamiętacie to uczucie, kiedy dzień przed pierwszym wyjazdem w życiu nie mogliście zasnąć ? Kiedy zamiast oczekiwanego wypoczynku przychodziły tylko i wyłącznie myśli o tym, jak minie nadchodzący „debiut” na kibicowskim szlaku ?

To uczucie niepewności, zbliżania się czegoś dotąd nieznanego, budziło jednocześnie euforię, ale też lekki lęk. Po prostu zwykły sceptycyzm przed czymś nieznanym. Z biegiem kolejnych tygodni, miesięcy, lat, uczucie to zanika, a wyjazdy stają się rutyną. Wiadomo, każda podróż jest inna, za każdym razem może spotkać nas coś ciekawego, co zapamiętamy z pewnością do końca życia. Równie dobrze może nie wydarzyć się zupełnie nic. Jednak obycie z polskimi dworcami tudzież wynajmowanymi autokarami sprawia, że to co może wydarzyć się podczas podróży staje się mimo wszystko przewidywalne, wspomniany lęk przed nieznanym zanika zatem wprost proporcjonalnie do przemierzanych za swoim klubem kilometrów. Dopóty, dopóki nie spotyka nas coś kompletnie nowego. Śmiało mogę powiedzieć – dzień przed TYM wyjazdem uczucie będące podmiotem tego skromnego wstępu wróciło!

Relacji nie zacznę jednak od dnia poprzedzającego wyruszenie w trasę, bo byłoby to spore pominięcie. Między Dundee a Lublinem jest jakieś 2500 kilometrów, więc siłą rzeczy ogarnięcie transportu nie ogranicza się do zalania samochodu do pełna. Już od samego początku – zanim jeszcze wiadomo było, z kim Śląsk zagra w pucharach – wraz z kolegą T. ustaliliśmy, że trzeba jechać. Losowanie sprowadziło nas jednak mocno na ziemię. Szkocja to mimo wszystko nie to samo, co Czechy, Słowacja, Holandia czy nawet Bułgaria (do której jak się później okazało też udało nam się zawitać). Gdyby wyruszyć z naszego miasta w podobną odległościowo trasę w innym kierunku, dojechać moglibyśmy na przykład do Baku, czyli generalnie poza Europę. Wiadomo, fanatyzmu nie przeliczymy na kilometry, inaczej jednak ma się sprawa z pieniędzmi i urlopem – te czynniki wspólnie z odległością tworzą system naczyń połączonych, z których wypadkowa może dać nam odpowiedź,  czy możemy pozwolić sobie na taką „przejażdżkę” na Wyspy.

Przejdźmy do rzeczy… Pierwsza koncepcja zakładała podróż samolotem. Czasowo całkiem rozsądnie. Do momentu w którym okazało się, że dostępne połączenia oferują nam nie tylko sam transport na mecz, ale też dwudniowy pobyt w Dundee, albo – co gorsza – w jakimś innym szkockim mieście. Koszty przeżycia w Szkocji + przemieszczenia się z lotniska do miasta docelowego + noclegu, w połączeniu z wysokim kosztem podróży samolotem dawały kwotę, która kazała nam zrewidować ten pomysł. Chwilowo zostaliśmy zatem na lodzie, ale do czasu. Z nieba spadł mi telefon od kolegi S. z Wrocławia: „Siema, organizuje autokar do Dundee, koszt przejazdu 600 zł – gdybyś był chętny odzywaj się, jest jeszcze sporo miejsc”. Finansowo bardzo rozsądnie, jednak coś za coś – pokonanie takiego dystansu autokarem wydawało nam się być prawdziwą męczarnią, szczególnie przy wysokiej temperaturze (co w lipcu było jednak całkiem często spotykanym stanem rzeczy). Jako że – tak jak już wspomniałem wcześniej – założeniem wyjściowym było „trzeba jechać”, a ten autokar był w sumie jedynym konkretnym planem, szybko zdecydowaliśmy się skorzystać. Dodatkowego smaczku dodało to, że „jakiś autokar którym jadą chłopaki z Kozanowa” na który zapisani byli nasi koledzy M. i Z. okazał się być tym samym autokarem, który zaproponowano mi przez telefon. Jechaliśmy zatem w 4 osoby, rozwiązywał się też nasz problem z przemieszczeniem do Wrocławia przed wyjazdem, Z. do stolicy Dolnego Śląska jechał bowiem samochodem. Coraz lepiej!

Wyjazd zbliżał się wielkimi krokami, przygotowania szły pełną parą. Wymiana waluty, zakupy na podróż, wolne w pracy… O, wolne w pracy:). Tutaj pojawił się problem, bo wspomniany w poprzednim akapicie M. nie mógł wziąć urlopu. Trzeba było zatem ściemnić jakieś zwolnienie lekarskie. Wyjazd z Lublina zaplanowaliśmy sobie na wtorkowe południe (ponad 48 godzin przed meczem), wolny numerek do gabinetu był natomiast dopiero na 13, wiec z Lublina wyjechalibyśmy a dopiero w okolicach drugiej. Nie gwarantowało nam to dotarcia na zbiórkę naszego autokaru na czas, mało tego – dosyć poważnie przekreślało nasze szanse. Całe szczęście ktoś przepuścił naszego kolegę w kolejce, a lekarz dał wiarę historii o jelitówcę. Na zegarku 12 – ruszamy w drogę.

No dobra, relacja ze Szkocji, a po jednej stronie tekstu dalej jesteśmy w Lublinie – czas przyspieszyć. Droga do Wrocławia minęła spokojnie, w zasadzie trasę tę każdy z podróżujących wtedy (jak i zapewne większość z czytających ten tekst) znał wręcz na pamięć. Na miejscu przejęła nas ekipa z Kozanowa dbając pieczołowicie o to, żebyśmy w daleką drogę wyruszyli z pełnymi żołądkami i drobną zaprawą alkoholową. Zaprawiać było przed czym, bowiem w naszym autokarze było… 100 (tak, sto!) litrów wódki ajsówki. Niby przez taką podróż wiele może się wydarzyć, jednakowoż na widok 4 ogromnych kartonów wypełnionych butelkami każdy z obecnych na prowizorycznej (jedno-autokarowej) zbiórce złapał się za głowę. 3 z nich wylądowały w luku bagażowym, jeden poszedł na bieżące spożycie do autokaru, gdzie większość składu wyjazdowego pozajmowała już swoje miejsca i powoli szykowała się do rozpoczęcia biesiady. Specyfika tej podróży sprawia, że alkohol będzie elementem relacji zeń. I to nie byle jakim. Pierwsza butelka pękła już we Wrocławiu, podobnie jak druga i trzecia. Szybko okazało się, że brakuje nam ‘szkła’. W cudzysłowie, bo za szkło robiły nam wtedy plastikowe kubki, które miały znikomą trwałość. Szykowało się, że będzie zabawnie…

Podróż, podróż… Może poczujecie się zawiedzeni, ale z drogi przez Europę niewiele można opowiedzieć. W autokarze melanż w najlepsze, na zewnątrz autostrada od samego Wrocławia, przez Niemcy, Holandie i Belgię. Pamiętam jeden większy postój na granicy polsko-niemieckiej (jeszcze w nocy), później gdzieś w Niemczech… Oznakowanie niemieckich autostrad może i jest dobre, ale nie dla laika – ja (podobnie zresztą jak pozostała część wycieczki) za żadne skarby świata nie byłem w stanie dowiedzieć się, w którym miejscu na mapie jesteśmy. Dlatego wnikliwe wypatrywaliśmy wspomnianej wyżej Holandii (nie, nie było w tym żadnych innych celów 😉 ), żeby choć trochę złapać orientacje w terenie. Kraj Tulipanów, jak się później okazało, przespałem całkowicie i moje oczy ujrzały Niderlandy dopiero w Belgii. Belgii, która przywitała nas… brakiem autostrady. Nie wiem jak to się stało i co o tym zadecydowało, ale jechaliśmy do Francji po jakiejś bardzo ubogiej szerokościowo drodze, zakorkowanej zresztą od samego początku do końca trasy. Jeszcze im się odwdzięczymy za te korki, zapamiętają nas na długo!

Po długim i męczącym ślimaczeniu się przez belgijskie drogi dotarliśmy w końcu do francuskiej miejscowości Dunkierka (90 tys. Mieszkańców), gdzie zaplanowany mieliśmy całkiem spory postój przed wjazdem do Eurotunelu. Zaparkowaliśmy sobie gdzieś całkiem niedaleko centrum. W zasadzie, to nie wiem gdzie tam było centrum w sensie stricte, ale okolica wyglądała na całkiem cywilizowaną (jeżeli wszystko pójdzie z planem, to gdzieś w okolicach tego akapitu będziecie mieli mapkę z Google earth – zbyt dużo to pewnie na niej nie widać, ale okolica jest w miarę zabudowana). Jako że postój był w stylu „czasu wolnego” na wczesnoszkolnych wycieczkach tj. każdy szedł sobie gdzie chciał i zbieraliśmy się pod autokarem o umówionej godzinie, wraz z kolegą T. zerwaliśmy się zaspokoić podstawowe potrzeby – zjeść coś i napić się piwa w barze. Zostaliśmy szybko sprowadzeni na ziemię. Nie pamiętam która była wtedy godzina, ale z pewnością coś z przedziału 12- 18. Logika z kolei podpowiada mi, że była środa. Rozumiecie – sam środeczek środka tygodnia, a w stutysięcznym mieście nie ma NIC! Nie, że nie ma baru. Nie ma nawet głupiej budki z hamburgerami! Mało tego, nie idzie nawet zapytać kogoś o drogę, bo ludzi na ulicach jak na lekarstwo (nie wiem, może Francuzi w tych godzinach siedzą w domach albo śpią), a jak ktoś już się trafi, to na sam dźwięk języka angielskiego ucieka gdzie pieprz rośnie. My byliśmy jednak zbyt wytrwali żeby odpuścić poszukiwania. Po kilkudziesięciominutowej tułaczce trafiliśmy bar. No, może za duże słowo – lokal. W lokalu 3 osoby – pani za barem (najprawdopodobniej właścicielka), jakiś jej adorator po ‘drugiej stronie’ i małe dziecko grające w coś na laptopie. Dysfunkcja językowa Francuzów sięga tak daleko, że nawet słowo „Beer” nie dało pani jasnej odpowiedzi na pytanie czego dwóch specyficznych przybyszów z Polski ma ochotę się napić (dziwne o tyle, że w języku francuskim słowo to brzmi podobnie) . Dopiero amant przy barze wyjaśnił kobiecie co mamy na myśli i po uiszczeniu drobnej opłaty (w sumie 8 Euro) dostaliśmy dwa… kieliszki (tak, takie jak do wina) o pojemności 250 ml wypełnione piwem. Nie wiem co z tym narodem jest nie tak. Jak trzeba walczyć – spierdalają. Jak napić się piwa, to z kieliszków. A w reprezentacji sami czarni… Inny świat.

Szkoda strzępić sobie klawiatury na żabojadów, a tym bardziej siedzieć dłużej w ich patologicznym kraju. Uciekamy stąd! Udało mi się jeszcze przed odjazdem razem z T. zjeść jakieś kanapki w JEDYNYM fastfoodzie na który trafiliśmy (dodam, że pani mimo iż całkiem sympatyczna, nie rozumiała słowa „chicken”; miałem dać już spokój Francuzikom, ale to naprawdę zabawne, że po angielsku dogadać można się na całym świecie tylko nie we Francji i to w miejscowości położonej nieopodal Eurotunelu) i wybiła godzina zbiórki. Czym prędzej zebraliśmy się do autokaru i ruszyliśmy w kierunku tunelu pod kanałem La Manche. Po krótkiej podróży przez nadmorskie rejony żabolandii dotarliśmy do punktu przepraw na Wyspy. Nasz autokar wjechał na teren pociągu który kursował wspomnianym tunelem. Wyobrażacie co się działo ? Oczywiście towarzystwo momentalnie porozchodziło się po terenie całego pojazdu siejąc niemałe przerażenie w głowach innych ludzi. Całe szczęście przejazd Eurotunelem wcale nie jest długi i po kilkudziesięciu minutach byliśmy w Anglii. Czas szykować funty!

Drogę przez Anglię można opisać w zasadzie jednym słowem – autostrada. Serio, cała przeprawa to poza jednym dłuższym postojem, gdzie mogliśmy wreszcie wziąć prysznic (tutaj należy się ukłon w stronę firm obsługujących punkty obsługi pasażerów na brytyjskich autostradach – tam jest wszystko, od podstawowych fastfoodów po sklepy z perfumami, od ogromnych łazienek po kabiny prysznicowe) i gdzie z okazji urodzin jednego współpasażera odpalona została duża ilość pirotechniki, to non stop jazda przez wielopasmowe drogi szybkiego ruchu. Pomyliłby się jednak ten, kto uznałby że podróż nam się nudziła. O nie, wręcz przeciwnie – jeden z kartonów w którym schowane były nasze „umilacze” dopełnił swego żywota, rozpieczętowany został kolejny, w którym ilość butelek wcale nie była mniejsza, toteż siłą rzeczy ta monotonia ciemnego krajobrazu brytyjskich ekspresówek była całkiem mocno ubarwiona:). Oczywiście skończyła nam się cała możliwa zapoja, a plastikowe „szkło” które towarzyszyło nam od stolicy Dolnego Śląska było już tylko wspomnieniem, podobnie zresztą jak kubki po coli  z McDonalda, które zastąpiły nam poprzedni plastik. Po tylu kilometrach niestraszne były nam jednak jakiekolwiek przeciwności i poradziliśmy sobie z brakiem naczynia w sposób niezwykle kreatywny, odcinając górę plastikowej butelki po wodzie. Prawda, że pomysłowe ?

Niech skonam, ale nie wiem kiedy wjechaliśmy do Szkocji. Po prostu w pewnym momencie na drogowskazach pojawiły się Glasgow i Edynburg. Wiem natomiast, że był już czwartek, czyli dzień meczu. Oznaczało to że przyjechaliśmy idealnie – ani za wcześnie, ani za późno. Do samego Dundee dotarliśmy chyba koło południa, ale nie daję za to głowy. Co ciekawe, miejscowe służby resortowe nie obstawiły wjazdu do miasta i wjechaliśmy sobie do niego sami bez najmniejszego problemu. Niestety nasz kierowca nie należał do obeznanych w szkockich uliczkach i momentalnie się w nich zgubiliśmy. Nieuniknione nadeszło – przypałętały się jakieś kundle. Rozbawiło nas początkowe pytanie o to, czy mamy jakiś alkohol. Okazało się, że w Szkocji panuje prawo które mówi, ze jadąc na zawody sportowe nie można mieć przy sobie żadnego alkoholu. Kupiłeś mamie wino we Francji ? Konfiskata! Masz przy sobie butelkę portera kupionego na przedmieściach Londynu ? Oddawaj psom! Masz w autokarze 120 butelek ajsówki ? Hehe, prędzej wypilibyśmy wszystko na miejscu niż dali się obrabować przez służby mundurowe. Patrol który nas zatrzymał okazał się być bardzo mało skurwiały, bo doradzili nam żeby wszystko przenieść do luku bagażowego (były tam jeszcze dwa kartony czyli połowa naszego ‘barku’). Szybko zorganizowaliśmy zatem akcję sprzątania autokaru ze wszystkiego, co pełne. Miny psów na widok ilości wynoszonych przez nas butelek mówiły jasno i klarownie „What the fuck ?!” (chyba faktycznie spodziewali się oni tego kupionego we Francji wina dla mamy hehe). Nie zająknęli się oni jednak ani słowem. Lepiej dla nich, bo jakikolwiek komentarz tylko by nas rozbawił – przecież nie była to nawet ¼ tego, co jeszcze mieliśmy. Po przygotowaniu wszystkiego na ewentualne kontrole, psy wyprowadziły nas pod stadion, a w zasadzie stadiony. Głównym smaczkiem Dundee jest bowiem to, że stadiony obu lokalnych klubów są idealnie obok siebie. Coś jak stadion Startu obok naszej ruiny przy Zygmuntowskich. Autokar zaparkowaliśmy w miejscu oznaczonym na mapce i czym prędzej wyruszyliśmy w miasto. Miasto, które tego dnia było nasze!

W centrum zielono. Ilość osób w barwach Śląska przerosła moje najśmielsze oczekiwania. Co jakiś czas trafiali się jacyś partyzanci w pomarańczowych koszulkach Dundee United, których szczytem ambicji było krzyknięcie „fuck you!” i ucieczka w promień widzenia najbliższego patrolu policji. To nie było zresztą trudne, bo psów było mnóstwo – i tajniaków i normalnych umundurowanych. Nie zabrakło też… Fiata Bravo na wrocławskich rejestracjach, bez komentarza… Pokręciliśmy się skromną kilkuosobową grupą między fastfoodami, a galeriami handlowymi w centrum, zahaczyliśmy o jakiś sklep. W zasadzie nie wiadomo było co robić – na zwiedzanie czasu zdecydowanie za mało, na to żeby iść na stadion z kolei za dużo. Nie pozostało nic innego, jak znalezienie jakiejś miejscówki na wypicie piwa. Oczywiście wszystkie bary były przepełnione od samego rana (nie, nie przez miejscowych) więc ten pomysł szybko odrzuciliśmy. Pozostał nam jedynie jakiś skromny plener – traf chciał że akurat spotkaliśmy znajomą grupkę, która przemieszczała się w stronę doków portowych i ich plan spędzenia najbliższego czasu wydał nam się interesujący, toteż za kilkanaście minut degustowaliśmy lokalnego Budweisera 😉 w pobliżu statków.

To co dobre szybko się kończy – nieuchronnie zbliżała się godzina meczu, wprawdzie było do niego jeszcze sporo czasu, ale instynktownie zbieraliśmy się już w kierunku centrum miasta. I słusznie, bo – jak się okazało – akurat w momencie w którym dotarliśmy na główny plac, trwało jakieś zamieszanie. Podania ludowe mówią, że w Dundee zebrała się jakaś grupa dążąca do konfrontacji – nie widziałem tego, ale ilość psów na miejscu wskazywała, że faktycznie coś takiego mogło mieć miejsce. Z tego co wiem to wspomniana grupa desperatów musiała ratować się ucieczką, nic zresztą dziwnego, bo ilość zielonych barw na miejscu była ogromna (jeszcze większa niż przy poprzedniej naszej wizycie w centrum miasta). Do tego stopnia ogromna, że psy postanowiły całą naszą grupę eskortować od razu z centrum pod stadion. Pochód trwał ładnych kilkadziesiąt minut i zakończył się przy wejściu na stadion. Wszystko wskazuje na to, że czas wchodzić na obiekt!

Stadion zrobił na mnie wrażenie, był nowocześnie zbudowany a jednocześnie widać było, że od ostatniego remontu minęło kilkanaście ładnych lat. Dokładnie w ten sposób wyobrażałem sobie stare brytyjskie stadiony, znane dotychczas ze zdjęć tudzież książek o angielskich chuliganach. Tannadice Park wypełniony był rzecz jasna w pełni (wchodzi tam tylko 15 tysięcy więc nie była to wielka sztuka), przy sporym udziale fanów Śląska których sektor zajmował praktycznie całą trybunę wzdłuż linii bocznej boiska. Nie będę bawił się we własne rachuby i posłużę się liczbą kibiców gości podaną oficjalnie przez Śląsk a wynosi ona 4500 osób! Przy takiej liczbie doping musiał być miażdżący, czego każdy mógł doświadczyć oglądając relacje w telewizji. Nie będę się zatem rozpisywał jakoś wyjątkowo o samym meczu, bo charakter tej relacji (w zasadzie bardziej opowiadania) ma niewielkie koligacje z piłką nożną. Z kronikarskiego obowiązku napiszę, że Śląsk wygrał po bardzo emocjonującym meczu 3-2 zapewniając sobie awans do kolejnej rundy Ligi Europy, a nam dobry powód do świętowania.

Do świętowania trzeba się było jednak przygotować, czyli coś zjeść. Musieliśmy się zatem wybrać znowu na miasto, co tym razem nie było takie proste. Kibiców w zielonych barwach było na ulicach Dundee już zdecydowanie mniej, ogólnie ulice te były opustoszałe ale czuć było w powietrzu, że praktycznie w każdym zakamarku czaić może się grupa miejscowych, którzy rozgoryczeni porażką na każdym froncie mogliby chcieć jakiegoś rewanżu. W zasadzie nie wiedzieliśmy czego można było się po nich spodziewać, więc żeby zachować odpowiednie normy bezpieczeństwa na posiłek zebraliśmy się w 20 osobową grupę. Taka ilość osób wyruszająca gdzieś przykuła niestety uwagę służb mundurowych, musieliśmy się zatem dość poważnie natrudzić żeby ich zgubić. Im bliżej centrum (czyli hoteli w których zakwaterowanie mieli ci kibice Śląska, którzy nie planowali powrotu zaraz po meczu), tym więcej było widać kręcących się grupek Polaków, wszyscy jednak mieli się na baczności. Ilość kibiców Śląska dookoła sprawiała jednak, że spokojnie mogliśmy odłączyć się w kilka osób od głównej grupy z naszego autokaru i wejść do pierwszego napotkanego obiektu gastronomicznego. A była to – o ironio – chińska restauracja. Obsługiwał ją chińczyk, który średnio mówił po angielsku, a żeby dopełnić dzieła zniszczenia, całe menu było zapisane tymi ich chińskimi szlaczkami. Tym razem jednak słowo „chicken” zostało zrozumiane (Francuzi – uczcie się od skośnookich!) i po 10 minutach na naszych stolikach pojawiły się pojemniczki, z jakąś gęstą zupą (w zasadzie to sosem) z kawałkami kurczaka. Najciekawszą rzeczą była jednak w tym lokalu ubikacja. Otóż żeby z niej skorzystać trzeba było przejść centralnie środkiem przez całą kuchnie. „Mówisz kucharzowi ‘siema’ i wchodzisz do kibla” jak opisał to jeden z kibiców Śląska. Polskie normy sanepidu wymiękają hehe ;). Szybko okazało się jednak, że nasza grupa wycieczkowa wraca już do autokarów, więc zawinęliśmy część szamy na wynos i ruszyliśmy do autokaru, a następnie w drogę powrotną.

Jak może wyglądać początek drogi powrotnej po awansie do kolejnej rundy LE w tak dramatycznych okolicznościach autokarem, w którym ciągle było kilkadziesiąt litrów mocnych trunków? Tak, dokładnie tak jak sobie to wyobrażacie. Impreza była na tyle dobra, że obudziłem się dopiero następnego dnia rano, kiedy byliśmy gdzieś w okolicach Birmingham. Sposób podróżowania wiele się nie zmienił, niektórzy kończyli jeszcze wczorajszy melanż, inni zaczynali już dzisiejszy. Pierwszy większy postój mieliśmy już za Londynem na jednej z opisywanych wcześniej stacji ze wszystkim. Traf chciał, że idealnie pod nasz autokar na parking podjechał bus z dziewczynami wracającymi z wieczoru panieńskiego, które rzecz jasna momentalnie stały się główną atrakcją. Nie należały też do najtrzeźwiejszych, więc dużo łatwiej było im porzucić strach do przybyszów z Polski. Co tu dużo mówić – praktycznie dały się nakłonić na dalszą podróż z nami w autokarze i w momencie, w którym nasz plan jednak nie wypalił zmuszeni byliśmy uciec się do próby porwania jednej z uczestniczek wycieczki. Próba została wprawdzie udaremniona, ale – jako że na stacji zrobiło się wtedy bardzo wesoło – w górę poszła wszelkiego rodzaju pirotechnika, pojawiły się również śpiewy, a nasze nowe koleżanki oszołomione tym wszystkim dały sobie zrobić kilka ciekawych zdjęć (np. takich jak to obok:) ). Po pewnym czasie wyruszyliśmy w dalszą drogę w kierunku Eurotunelu. Tutaj niestety zawodzi mnie pamięć – nie wiem, co było przyczyną, ale okazało się, że na przeprawę na kontynent czekać musimy bardzo długo. Momentalnie ktoś wpadł na pomysł, żeby te dodatkowe godziny spędzić… nad morzem. Kierowca autokaru dostał bojowe zadanie znalezienia w pobliżu jakiejś plaży i po kilkudziesięciu minutach kręcenia się po okolicy mogliśmy kąpać się w zimnym angielskim morzu.

Całość trasy – od przeprawy przez dno morza aż do zachodniej granicy Niemiec przebiegała już sprawnie. Wprawdzie właściciel jednej ze stacji benzynowych w Belgii nie będzie wspominał naszego przejazdu miło (czegoś aż tak bezczelnego nie widziałem jeszcze nigdy na naszych rodzimych ziemiach), ale za to my mieliśmy ekwipunek na cały powrót. Schody zaczęły się dopiero u Germanów. Najpierw autostrada zaskoczyła nas gigantycznym korkiem, następnie w nie mniejsze zaskoczenie wprowadził nas… Berlin. Berlin, który nagle znienacka pojawił się na naszej drodze. Okazało się, że nasz niezmordowany drajwer zabłądził i wywiózł nas aż do stolicy naszych zachodnich sąsiadów, dzięki czemu do Wrocławia wróciliśmy w zasadzie jako ostatni w sobotę wieczorem. W najmniejszym stopniu nie przeszkodziło nam to jednak w drobnej wycieczce po nocnych lokalach stolicy Dolnego Śląska. Suma sumarum do Lublina wyruszyliśmy dopiero w niedziele po południu, a do domu dotarliśmy w okolicach północy. Licznik wyjazdowy zatrzymał się w pobliżu 130 godzin.

Czy była to dla nas przygoda życia? Z pewnością. Momentami czułem się jak na jakimś wypadzie nad jeziorko w deszczową pogodę, gdzie niestety trzeba było non stop siedzieć w domku. Z tą różnicą, że zamiast domku mieliśmy autokar. Nie ukrywam, że w moim opowiadaniu dużą rolę grają rzeczy mniej istotne, natomiast te z kibicowskiego punktu widzenia ważne zostały albo pominięte, albo zmarginalizowane. Taki był jednak ten wyjazd – przede wszystkim mnóstwo zabawy. Przepraszam też, jeżeli w którymś momencie minąłem się z prawda, aczkolwiek z perspektywy kilku miesięcy ciężko wszystko dokładnie spamiętać. Przy okazji serdecznie dziękuje za gościnę i pozdrawiam wszystkich kibiców Śląska, którzy podróżowali tym samym środkiem transportu. Ś&M!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *