EDK Lublin 05.03.2016 z dedykacją dla mojego Taty

Tydzień temu odbywały się derby Dolnego Śląska – nasza zgoda podejmowała u siebie lokalnego rywala. Już na kilka tygodni przed tym wydarzeniem wśród znajomych przewijały się pomysły, aby pojechać do Wrocka. Pomysły te wydawały się dość atrakcyjne, głównie z uwagi na fakt, że IV liga wciąż pogrążona jest w zimowym snie. O dziwo nie miałem wielkiego ciśnienia na to spotkanie… po głowie krążyła mi trochę oderwana od tej koncepcji myśl… 

Słyszeliście kiedykolwiek o Ekstremalnej Drodze Krzyżowej? Część z was na pewno. Jest to modlitwa za śladami Męki Pańskiej, polegająca na symbolicznym odtworzeniu drogi Chrystusa na śmierć, z tymże w warunkach(jak sama nazwa wskazuje) ekstremalnych. Pisząc o ekstremum, mam na myśli scenerię lasów, pól i dystansem do pokonania, jakiego nie powstydziłby się maratończyk. Pomysłodawcą tego przedsięwzięcia jest ks. Jacek Stryczek – ten sam, który kilka lat temu zainicjował obecnie rozpowszechnioną działalność „szlachetnej paczki”. Ekstremalna Droga Krzyżowa pierwszy raz odbyła się w Krakowie siedem lat temu. W tym roku po raz drugi organizowano ją w Lublinie. Ja postanowiłem się zapisać dopiero tydzień przed Drogą Krzyżową i to opóźnienie nie mogło skutkować tym, że w dniu EDK, przy odbiorze pakietu (w pakiecie znajdowała się książeczka z opisem trasy i z rozważaniami Drogi Krzyżowej) okazało się, że nie widnieję w ich systemie. Dziewczyna z rejestracji nie robiła jednak problemów – zapytała jedynie retorycznie czy w takim razie zapisać mnie ponownie. W dniu planowanej Drogi Krzyżowej dopadł mnie lekki stres, chyba głównie z uwagi na fakt, że nie udało mi się namówić nikogo ze znajomych do współtowarzyszenia. Część zrezygnowała ze względu na obowiązki pracownicze, ale byli też tacy, którzy pomysł uważali za istne szaleństwo. Zresztą – wcale im się nie dziwię! Dla kogoś, kto ma jakieś braki w sferze duchowej czy wątpliwości co do wiary faktycznie popylanie z krzyżem w ręku po ciemnych i nieznanych pipidówkach może się wydać niespecjalnie normalne.

Lubelską EDK poprzedzała Msza Święta w Katedrze, zaplanowana na godzinę 19:00. Mój ambitny plan przewidywał, że do Katedry z mojej dzielni dostanę się piechotą. Wcześniej tego dnia, z uwagi na to, że moja ślubna była w pracy, czekało mnie jeszcze samodzielne przygotowanie kanapek, gorącej herbaty i innych niezbędnych gadżetów. Zanim jednak zdążyłem wszystko przygotować okazało się, że na spacer do Katedry brak mi już czasu i byłem zmuszony zapoznać się z rozkładem jazdy MPK. Jak tu nie doceniać Żony w takich chwilach? Gdy byłem już gotowy do drogi nagle olśniło mnie, że nie mam jeszcze krzyża! Złapałem więc pierwszy lepszy kuchenny nóż i wybiegłem w osiedle w poszukiwaniu brzozy. Uf! Na szczęście jakaś brzoza na dzielnicy rośnie, więc bezlitośnie dopadłem ją swoją kosą i brutalnie odciąłem dwie gałązki (brzmi śmiesznie, a pewnie jeszcze śmieszniej wyglądało…)

Niestety, z powodu walki o brzozowy krzyż byłem już spóźniony na absolutnie każdy autobus, który miał jeszcze szansę dowieźć mnie na miejsce, zatem zadzwoniłem szybko po taxi. Sałaciarz podjechał pod sam blok, więc w pośpiechu otworzyłem drzwi i szybko moim oczom ukazała się konsternacja pracownika korporacji.

Eeee, co pan do mnie z tym przecinakiem?! – zapytał taksówkarz z nutą zdziwienia i lekkiego przerażenia
Nie rozumiem? – odparłem
No po co panu ten klucz do kół?”
-Proszę się nie bać, to tylko krzyż – odrzekłem.
Na te słowa twarz sałaciarza rozjaśniała szczerym zrozumieniem.
A, to przepraszam, proszę usiąść wygodnie, ja też z tych wierzących,
krzyża się nie boję. Więc dokąd jedziemy?

Pomimo szczerych starań, do Katedry dotarłem z kilkuminutowym opóźnieniem. Na miejscu, ku mojemu zdziwieniu było ponad 2 tysiące ludzi! Ledwie przekroczyłem drzwi kościoła i musiałem się tuż za nimi zatrzymać. Frekwencja na tegorocznej edycji EDK okazała się wyższa o połowę niż rok temu. Z moich obserwacji wynika, że byli to głównie młodzi ludzie, ale nie brakowało też starszych roczników. Nie ma co opisywać samej mszy, wspomnę tylko, że w trakcie jej trwania coś zaczęło mnie uwierać… tak, tak. Tego noża od brzózki nie odniosłem do kuchni. Uśmiechnąłem się pod nosem, wspominając taksówkarza, który przestraszył się „przecinaka” z patyczków, a nieświadomie przewiózł gościa kitrającego nóż za pazuchą. Po zakończeniu Mszy wysłuchaliśmy ogłoszeń dotyczących nocnej wędrówki. EDK przewidywała 3 trasy – ja wybrałem szlak czerwony, prowadzący do Wąwolnicy i liczący 45,8km. Pozostałe trasy były nieco krótsze, ale przecież ambitny ze mnie chłopak…ee…mężczyzna.

Po wyjściu z Katedry mignęła mi znajoma z meczów twarz. Chłopak miał na głowię czapkę jednego z fan-clubów Śląska Wrocław i okazało się, że podobnie jak ja wybrał się tu w pojedynkę. Uzgodniliśmy, że idziemy razem, ale stosujemy się do głównej zasady EDK – idziemy w absolutnym milczeniu.

Pierwszy odcinek trasy prowadził do drugiej stacji – spod Katedry do Dziedzińca KUL-u. W dużych miastach piątkowy wieczór jest dla większości młodych ludzi czasem hulanek i swawoli, toteż krocząc wzdłuż Krakowskiego Przedmieścia z „przecinakiem” w ręku czuliśmy na sobie wzrok przechodniów, skonsternowanych takim niecodziennym widokiem. Ze współtowarzyszem K. złamaliśmy niestety warunek milczenia na około 6 kilometrze – obaj zamarzyliśmy, żeby na kolejnej edycji EDK przybyło więcej nas – kibiców.

Zanim dotarliśmy do granicy Lublina utknęliśmy na pewnej ścieżce gruntowej na Lipniaku (osiedle domków jednorodzinnych). Owa ścieżka biegła wzdłuż ogrodzenia dwóch posesji i była nad wyraz grząska i śliska przez rozmoknięte błoto. Szybko zrobił się zator, co wywołało moją frustrację. Dobre kilka minut staliśmy w miejscu, co jakiś czas przesuwając się do przodu maksymalnie o jeden krok. Byłem zirytowany, w głowie zrodziły się negatywne emocje: złość, niecierpliwość, a nawet pogarda do innych osób. Przecież to mała górka, co za muły bagienne – powtarzałem w myślach – ledwie zaczęła się wędrówka, a ja muszę stać jak ten jełop pośród jakiejś meliny, gdzie na co dzień urzęduje okoliczna młodociana szajka (wnioskując po zapachach i walającym się pod nogami fajansie). Chciałem iść dalej, a nie grzęznąć w błocie…. Byłem już kompletnie zagotowany, kiedy usłyszałem głos „gdzie się tak spieszysz, faciu?” No właśnie… przecież poszedłem na EDK, żeby się w końcu na chwilę zatrzymać, by choć na moment przerwać bieg za hajsem, wejść na punkt widokowy i z oddali spojrzeć na swoje życie.

Co zabawne, nie raz podobne odczucia miewałem podczas wojaży kibicowskich, zwłaszcza tych najdalszych i najdłuższych. Wtedy też zostawiałem swoje codzienne życie, by spojrzeć na nie z perspektywy obojętnego podróżnika. Wyjazdy bowiem to nie tylko były dla mnie pożądane emocje typowo kibicowskie, ale również czas podsumowań i rozliczań własnej egzystencji. Nie inaczej jest podczas EDK, z tą olbrzymią różnicą, że tutaj otwarcie wyglądasz w kierunku Boga. Niesiesz swój krzyż, a niekiedy krzyż
kolegi, gdy ten chociażby wiąże sobie buta:)

Z każdym następnym kilometrem nasze rozmowy z K. stawały się coraz bardziej owocne. Obaj zaczęliśmy dzielić się doświadczeniami opowiadając historie swego życia, które nie były niczym innym jak świadectwem naszej wiary. Przewijały się też tematy realiów kibicowskich, oraz ulicznych w odniesieniu do Boga i wiary.

Na 17 kilometrze doszliśmy do kościoła pw. Matki Boskiej Anielskiej w Motyczu. Tam spotkaliśmy dwóch kolegów K., jeden z nich okazał się również kibicem Motoru. Od tej pory nasza grupa liczyła cztery osoby i taki stan utrzymał się do samego Sanktuarium w Wąwolnicy. Chyba nie muszę nikomu tłumaczyć, jak ciężko było milczeć w czteroosobowym gronie. Tematów przewinęło się sporo, ale wszystkie zahaczały o sferę duchową. W międzyczasie koledze K. zaczął robić psikusy jego plecak. Na całe szczęście w portfelu miałem agrafki, jeszcze z biegu „Tropem Wilczym” z przed tygodnia, które okazały się niezbędnym elementem ekwipunku na EDK. Na 30 kilometrze kolega P. wyraźnie zaczął odstawać od naszej czwórki. Ważył z nas najwięcej, więc miał prawo nie
wytrzymywać tempa. Zaczęliśmy więc trochę zwalniać. Wtedy też P. powiedział: „słuchajcie, normalnie bym pewnie nie doszedł, ale wiem, że dam radę, bo mam ze sobą krzyż, to on mnie ciągnie do przodu.”

I tak właśnie przebiegała EDK z każdym następnym kilometrem. Podczas takiej wędrówki telefon do przyjaciela był tutaj zbędny, bo ten przyjaciel był obecny wśród nas. W międzyczasie ku mojemu ogromnemu zdziwieniu spotkałem kolejnego Motorowca.

Gdy doszliśmy do XI stacji (36 km) zaczęło świtać. Wyszliśmy z lasu, ku nam ukazały się w soczystej mgle pola i łąki. Widok naprawdę niesamowity… na co dzień zapatrzony jestem raczej w bloki i betony i śmiem twierdzić, że gdybym taki widok ujrzał jedynie w drodze do pracy nie byłbym w stanie go docenić, pewnie nie zwróciłbym nawet na niego
uwagi.

Pana Jezusa na stacji XI przybito do Krzyża. Ja wtedy poczułem pierwszy ból stóp. Co prawda miałem niewygodne, zimowe buty, ale to właśnie wtedy uświadomiłem sobie, że nie jestem żadnym chojrakiem, lecz zwykłym słabym człowiekiem. Pamiętam, że mocno wytelepało mnie z zimna i chciałem jak najszybciej ruszyć w dalszą drogę, choć moje nogi odmawiały posłuszeństwa. Teraz siły dodawał mi już tylko mój krzyż i to on ciągnął mnie do przodu. Około godziny 6:30 dotarliśmy do XII stacji, gdzie Jezus umarł na krzyżu. Widać tu było wyraźnie zmęczenie wszystkich napotkanych pielgrzymów. Część osób wyglądała na wręcz konających, a byli to przecież w większości młodzi ludzie. To działo się naprawdę!

Dialog siedzących nieopodal dwóch dziewczyn oddawał w pełni klimat jaki panował na tym odcinku – „dasz radę, słyszysz, dasz radę!”, na co tamta odpowiedziała „nie… nie dam rady”. Śmierć Pana Jezusa to dla nas, ludzi słabych czas chwilowego zwątpienia. Widziałem jednak później te same dziewczyny dochodzące do XIII stacji. I to właśnie ten przedostatni odcinek pomógł mi najszczerzej przeżyć Mękę Pańską.

Z kolegą Ł. szliśmy nieco na przodzie i rozmawialiśmy o swoich doświadczeniach. Gdy dotarliśmy do przedostatniej stacji przyszła moja kolej na odczytanie rozważań. W trakcie ich czytania załamał się mój głos przy cytacie: „ (…) Ktoś kto zmarł, nadal ma dla nas wielkie znaczenie. Nadal jest ważny. Mimo śmierci. Nadal zasługuje na miłość” – Ł. wiedział już doskonale, co oznaczał ten moment. Kilkanaście minut wcześniej rozmawialiśmy o moim Tacie, o tym, że na rok przed jego śmiercią poprawiliśmy znacznie relacje. Dzięki temu obecnie żyję w przeświadczeniu, że przebaczyłem mu już wszystko, co uczynił źle wobec mnie i moich bliskich. Przed śmiercią nie zdążył naprawić wszystkich rzeczy, odszedł w ciężkim grzechu, ale wciąż mam ogromną nadzieję, że ten ostatni rok życia, który obaj przeszliśmy w zgodzie ze sobą, przy szczerych rozmowach, i który był pełen moich cichych modlitw w jego intencji pomógł uratować jego duszę. Wierzę w to, że Bóg przebaczył mu tak, jak ja to zrobiłem.

Niedługo później przekroczyliśmy tabliczkę Wąwolnicy, tak też przed nami zostało ostatnie 15 minut drogi.. Na miejscu tuż przed Sanktuarium Matki Bożej Kębelskiej widziałem znajome autko, w którym czekała na mnie moja Żona, tyle, że ja musiałem jeszcze obok niego przejść by dojść do XIV stacji. Jezus został złożony do grobu.

Modlitwa w kościele była uwieńczeniem całej drogi. Powrót do domu w wesołej atmosferze z lekko podenerwowaną, niewyspaną żoną był do zniesienia. Zdecydowanie gorszą, rzeczą były moje bolące stopy.. W sumie wędrówka trwała 11,5 godziny. Od 20:30 do 8:00. Kiedy byłem już w domu zadzwonił do mnie Ziomek z Motoru, okazało się, że wraz z koleżką po szalu także byli uczestnikami EDK. Na miejsce dotarli tuż przed 6:00. Łącznie zatem było 6 lubelskich szalikowców. Dobry wynik jak na lubelskich bandziorów:)

P.S.

W dniu dzisiejszym wypadają imieniny mojego Taty. Ten tekst dedykuję właśnie jemu..

P.S.2

To on zabrał mnie na pierwszy mecz Motoru (05.03.1995) – dziękuję Tato:)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *