Lokomotiv Sofia – Śląsk Wrocław 04.08.2011

Zanim emocje po wyjeździe do Dundee zdążyły opaść, odbyło się już losowanie kolejnej rundy eliminacyjnej ligi europejskiej z udziałem wrocławskiego Śląska. Tym razem nasi Bracia trafili na Lokomotiv Sofia – rywal, pod względem kibicowskim może nie najbardziej atrakcyjny, zwłaszcza że w samej Sofii działają dwie znacznie silniejsze ekipy.

Wszak sama perspektywa kolejnego europejskiego „wojażu” była niezwykle kusząca. Po kilku rozmowach, można się było zorientować, że ze względu na ilość chętnych, jedno auto to może być stanowczo za mało. Przystąpiliśmy więc do poszukiwań przewoźnika. Koszt przejazdu w obie strony to jedyne 350 zł, więc jak na taką przygodę chyba niewygórowany… wiadoma sprawa, że „wspomnień to Ci nawet komornik nie zabierze” 😉 Szybkie info po znajomych i 19-osobowy bus momentalnie skompletowany. Warunek był tylko jeden – na ten wyjazd pojechać mogli jedynie Kibice aktywnie wspierający Motor na meczach wyjazdowych.

Czas podróży zaplanowany został na 21 godzin razem z postojami, więc do Sofii wyruszamy dzień przed meczem w godzinach popołudniowych. Mecz odbywał się w czwartkowy wieczór, ale jak to zwykle bywa, program wycieczki uwzględniał kilkugodzinne zwiedzanie miejscowych barów alkoholowej obsługi  Zbiórka o 15.00 na Placu Zamkowym – piękna, słoneczna pogoda, szybkie ogarnięcie bagażu i odjazd. Klimatu wesołego busa tłumaczyć chyba nikomu nie trzeba, zwłaszcza że było grubo po godzinie 12.00, więc nawet przysłowiowi gentlemani mogli przyswoić nieco procentów. W tle wesołych rozmów przygrywała muzyka, z czasem ktoś załączył komedie na DVD, czyli klasyczny przykład dobrego wyjazdu..

Tuż przed granicą, na zajeździe w Barwinku, spotykamy kilka autokarów z naszymi Braćmi ze Śląska. Po krótkim powitaniu dowiadujemy się, że zamierzają oni jechać przez Rumunie. Na nic się zdały nasze tłumaczenia, że Rumuni marzą o drogach takich jakie są w Polsce i lepiej jest pojechać razem, czyli autostradą przez Serbie – drogą o około 60 km dłuższą, ale jak się później okazało o 8 godzin szybszą… aż żal, że się wtedy nie założyliśmy o to, kto będzie na miejscu pierwszy Po żurkach i zestawach obiadowych ruszamy dalej, we wcześniej wytyczonym kierunku, przez Słowację, Węgry i Serbię, do Bułgarii. Podróż w dalszym ciągu umilają nam alkohole typu piwo, wódka oraz pędzona na myszach – whisky z colą. Do tego należy jeszcze dodać opowieści naszych dwóch, znacznie starszych stażem kibicowskim Kolegów, dzięki którym młodsza część grupy mogła usłyszeć istotny kawał historii ruchu kibicowskiego na Motorze. Opowieści te trwały do bardzo późnych godzin nocnych i myślę, że stanowiły istotny element całego wyjazdu.

74

Po przekroczeniu węgiersko-serbskiej granicy. nasz bus automatycznie zostaje obstawiony przez dwa radiowozy, które towarzyszą nam przez całą Serbię. Podróż na tzw. „wahadle” oraz nie do końca uprzejme zachowanie „krawężników” daje odczuć, że NASI już tu byli  Sprawnie poruszamy się po autostradzie oraz przez serbskie miasta. Nie było chyba osoby, której nie spodobały się widoki serbskich wzgórz o poranku. Niestety nie jestem w stanie podać dokładnego miejsca, ale serbskie krajobrazy zrobiły na mnie ogromne wrażenie i jeśli tylko będę miał okazję, to na pewno wrócę tam jeszcze, w celach już tylko turystycznych.

Granicę Serbii i stolicę Bułgarii dzieli jedynie kilkadziesiąt kilometrów, tak więc wszystko przebiegło zgodnie z planem i około południa zjawiamy się w Sofii… przysłowiowy obraz nędzy i rozpaczy. Przy samym wjeździe do miasta przywitał nas widok cygańskich slumsów, obok rzeczki wyglądającej jak ściek oraz ze zbitymi z desek domami. Dalej było niewiele lepiej – szaro, brudno i nieestetycznie, czyli z naszej perspektywy wyglądało to jakby czas zatrzymał się tu 20 lub 30 lat temu… A przecież mowa o stolicy kraju! Co by nie powiedzieć Warszawa to przy tym Paryż…

Milicja eskortuje nas do parku niedaleko stadionu narodowego, gdzie miał się odbyć mecz, gdyż stadion Lokomotivu nie spełniał warunków. Już w Sofii dołącza do nas Kolega z emigracji, który podróżował samolotem, więc koniec końców zjawiamy się tam w okrągłej liczbie 20 głów, z flagą „MOTOR LUBLIN” w barwach biało-czerwonych. Krótkie pouczenia mundurowych (bo przecież tego, odpuścić sobie nie mogą) i się rozchodzimy. Zdecydowana większość naszej grupy wybiera parasole przy barze we wspomnianym parku, gdzie Szlachta z Wrocławia bawiła się już w najlepsze.

Z miejsca odnajdujemy zaprzyjaźnione twarze. Piwko, rozmowy, śpiewy i zabawa, czyli wiadoma sprawa. Przy okazji dowiadujemy się o chytrym planie działaczy Lokomotivu by zarobić na przyjezdnych. Bilet dla gospodarzy kosztował 4 bułgarskie lewa (ok. 8 zł), natomiast dla kibiców gości 35 lew (powyżej 70 zł)!!! Ale wiadoma sprawa, że takie rzeczy z Polakami nie przejdą, wszak „bujać to my, a nie nas” 😉 Kolega ze Śląska biegle mówiący w języku serbskim zakupuje wszystkim tańsze bilety na sektor gospodarzy, na które później dostajemy się na trybunę dla przyjezdnych – ochrona wykiwana, system zmiażdżony 😉 W międzyczasie grupa naszych 5 Kolegów zostaje zatrzymana i przetransportowana na komisariat za odpalenie petardy. Byli przykuci do kaloryfera, jednak ostatecznie unikają większych konsekwencji, poza opuszczeniem meczu, bo pod stadionem zjawiają się dopiero w trakcie dogrywki… komuna pełną gębą – A.C.A.B.

Wejście na stadion przy asyście niebieskich oraz bardzo szczegółowej kontroli ochrony, ze zdejmowaniem butów i macaniem po genitaliach włącznie… dopiero wtedy zrozumiałem, że w cenę biletów na sektor gości wliczono „ręczną robótkę” w wykonaniu ochroniarzy, za którą ich rodaczki biorą w domu uciech 40 zł. Ale jak się okazało satysfakcja nie była gwarantowana 😉 Już w trakcie meczu, około godz. 20.00 dołączają do nas autokary z Kibicami Śląska, które dzień wcześniej spotkaliśmy w Barwinku… oczywiście nie obyło się bez staropolskich „a nie mówiłem” i „przecież wiesz, że mam zawsze rację”. Sam mecz nie zachwycił, a to za sprawą średniego widowiska sportowego, no i starego wielotysięcznika bez akustyki. Oficjalne 3 tysiące wszystkich zgromadzonych Kibiców wyglądało na nim jak wycieczka klasowa. Nie sposób porównać tego, z tym co się działo w Dundee. Na wielki plus można zaliczyć duże ilości pirotechniki odpalonej przez Kibiców Śląska, emocjonująca seria rzutów karnych po których w świętowaniu nie przeszkodził nawet siarczysty deszcz… no i nowa przyśpiewka Śląska „Nasze koszule”, która zrobiła niewątpliwą furorę w naszym busie podczas drogi powrotnej.

Sofię opuszczamy około godziny 2 w nocy. Rano docieramy do granicy serbsko-węgierskiej gdzie zastała nas solidna kolejka. Z pomocą przyszła nam pirotechnika, trochę starego, dobrego hałasu i po kilku chwilach straż graniczna przeprowadziła roztańczony korowód Śląska i Motoru na początek kolejki. Na stacji przed Budapesztem ostatecznie żegnamy się z naszymi Braćmi i uderzamy na Słowację, gdzie również wita nas obecność słowackich mundurowych, ale już znacznie mniej uprzejmych od swoich węgierskich kolegów. Ogłaszają wszem i wobec, że nie wolno nam stwarzać problemów i się gdziekolwiek zatrzymywać, straszą wezwaniem posiłków, mandatami dla kierowców itp. My jednak, w myśl zasady „nie będziesz mi mówił co mam robić!”, zatrzymujemy się na pierwszej stacji benzynowej, tuż za przejściem granicznym. Po kilkunastu minutach zjawiają się posiłki, w postaci kilku radiowozów. Sprute, napompowane zastrzykami kundle latają po stacji próbując siać strach strzelbami i kałasznikowami, ale generalnie, ku ich zaskoczeniu nie robi to na nas większego wrażenia. Po kilku minutach wsiadamy do busa i ruszamy w drogę. Dalsza podróż już bez przygód, kilka wrzutów oraz vlepek na trasie i późnym piątkowym wieczorem docieramy do Lublina. Podsumowując, wyjazd bardzo wesoły, ciekawy i klimatyczny. Na pewno na długo zostanie w pamięci każdego z uczestników… szkoda tylko, że to nie był wyjazd naszego ukochanego Motoru i na europejskie wyjazdy przyjdzie nam pewnie jeszcze trochę poczekać.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *