MFK Karviná – Slezky FC Opava 14.04.2013

Drugi z kwietniowych weekendów roku pańskiego 2013 dla kibica Motoru mieszkającego we Wrocławiu zapowiadał się nieco nudno pod względem kibicowskim, aczkolwiek dzięki uprzejmości kolegi S padła bardzo ciekawa propozycja wyjazdu do Czech. Ciekawa, ponieważ nigdy nie miałem okazji być u naszych sąsiadów na żadnym meczu.

Stąd też ruch kibicowski w tym kraju był dla mnie totalną niewiadomą. Oczywiście mowa o wspieraniu zgodowicza WKS-u – Opavy, na ich wyjeździe do Karviny, która jest jednym z fc znienawidzonego Banik Ostrawa.

Miejsca w tabeli obu drużyn kazały raczej nastawiać się na ewentualne emocje poza boiskiem, choć zapewniano mnie, iż druga liga czeska poziomem dorównuje polskiej ekstraklasie. Niedzielny poranek we Wrocławiu zwiastował bardzo ładną pogodę, z tym większą więc ochotą ruszyłem na umówione miejsce zbiórki. Do czeskiej Opavy ruszyliśmy po godzinie 10, w 5 osób (ja + 4 WKS), meldując się na miejscu ok godziny 13. Do wyjazdu zostało nam niecałe 40 minut, stąd szybka szama (oczywiście smażony ser) i ruszamy na dworzec kolejowy. Opava już w pociągu, ponieważ docieramy 2-3 minuty przed odjazdem. Wbijamy do pociągu i tu pierwszy moje zdziwienie – nie chodzi oczywiście o natychmiastowy poczęstunek w postaci napojów alkoholowych, lecz o czeski tabor kolejowy, który wygląda niczym wyjęty z innej epoki. Co więcej, kiedy pociąg ruszył, trudno było stwierdzić, czy jedzie, czy może unosi się w powietrzu. Polskie Koleje Państwowe mają jeszcze sporo pracy, aby dojść do takiego poziomu.

W pociągu nie ma zbyt dużego ścisku, miejscowa milicja pozwala zająć tyle wagonów, aby praktycznie każdy miał miejsce siedzące. Droga do Karviny liczy ok 60 km, stąd przebyta zostaje dosyć szybko i sprawnie. Przesiadkę mamy w Ostrawie, gdzie oczywiście Slezky głośno zaznacza swoją obecność i „pozdrawia” Banik. W pociągu dużo alkoholu i śpiewów. Do Karviny docieramy na ok półtorej godziny przed meczem. Miejscowa milicja kieruje nas do autobusów. W tym miejscu nieco więcej uwagi poświęcę samej organizacji, która moim zdaniem zasługuje na wysokie uznanie. Za kontakt pomiędzy policą a kibicami odpowiedzialne są konkretne osoby – dzięki czemu obie strony unikają niepotrzebnych rozmów ze sobą. Czeska policja praktycznie nie ma kontaktu z kibicami.

Nie ma poganiania, poniżania, popędzania itp. Jako że autobusy były dwa i podróżowanie w nich oznaczałoby spory ścisk, pozwolono nam zostać i poczekać, aż kierowcy zawiozą część kibiców pod stadion i wrócą po nas – sytuacja doprawdy nieprawdopodobna w naszym kraju. Czekając na powrót autobusów bez problemu można była usiąść w dworcowym barze i napić się piwa. Nikt niczego nie niszczył, nikt nie zachowywał się agresywnie. Zastanawiające, dlaczego w Polsce policja nie może zachowywać się w podobny sposób, aby nie budzić w kibicach agresji. Inaczej przecież czuje się człowiek – niezależnie od tego, czy jest fanatykiem, czy zwykłym sezonowcem – jeżeli nie musi podróżować wypchanym po brzegi autobusem, stać w pociągu kilka godzin, czy być popędzanym przez stróżów prawa z do końca niewiadomych powodów. Dlaczego w Polsce kibic traktowany jest inaczej, jako potencjalny przestępca? – trudno zrozumieć, a ten czeski przykład pokazał mi ogromną różnicę w podejściu do kibiców w naszym kraju i za granicą.

Pod stadion Karviny docieramy ok godzinę przed meczem. Wysiadamy z autobusu i…udajemy się do pobliskiego baru. W pierwszej chwili myślałem, że to żart. Bar otoczony jest przez milicję, która – podobnie jak na dworcu – stoi w dosyć dużej odległości od nas i nie ingeruje w żaden sposób w to, co się dzieje. Co więcej, gdyby ktoś chciał – mógłby bez problemu udać się w dowolną stronę, nie niepokojony przez nikogo. Kibice raczą się czeskim piwkiem, rozmawiają, dojeżdża kilka osób furami. Udaje mi się porozmawiać z kilkoma osobami z Opavy, które miały przyjemność na swym kibicowskim szlaku być na meczach Motoru. Z każdą minutą zbliża się godzina rozpoczęcia meczu, toteż coraz liczniejsze grupki kierują się pod bramy stadionu.

Pod bramę wejściową na sektor gości docieramy zaraz po rozpoczęciu meczu – wejście bardzo sprawne i już jesteśmy w klatce. Sektor gości przypomina te z lat 90-tych w Polsce – brak krzesełek, ławeczek itp. – po prostu beton otoczony metalową kratą. Opavy ok 120 osób, wywieszają bodajże 8 flag. Miejscowych w młynie może ze 20 osób, głównie w wieku gimnazjalno-licealnym. Blisko sektora buforowego daje się jednak zauważyć grupę osobników lubiących mocniejsze wrażenia. Doping Opavy dosyć głośny jak na taką liczbę. Często pozdrawiany Śląsk, dużo bluzgów na Banik. Co zaś tyczy się wydarzeń sportowych, ostatnia w tabeli Opava szybko traci bramkę. Jej strzelec pozwolił sobie na małą prowokację, podbiegając pod nasz sektor z wymownymi gestami, aczkolwiek piłkarze Opavy dosyć szybko wyrównali. Poziom piłkarski spotkania rzeczywiście był dobry, może nie powalał na kolana, ale jednego piłkarzom czeskim nie można zarzucić – braku waleczności. Polskie pseduogwiazdeczki w nażelowanych włosach mogłyby się sporo nauczyć od naszych sąsiadów.

W przerwie meczu wspomniana wyżej grupa osobników podchodzi bardzo blisko sektora buforowego, co powoduje zwiększenie sił ochrony oraz natychmiastową reakcję fanów Opavy, którzy ruszają na bramę. Po chwili brama zostaje „otworzona”, a na drodze stoi ok 8 ochroniarzy, w których nieustannie lecą kamienie. Jeden z ochroniarzy z niewiadomych przyczyn nie miał na sobie kasku, w związku z czym jego twarz została lekko zmasakrowana, a on sam swój nocnik założył…po całej akcji. Wymiana kamieni oraz różnego rodzaju innych przedmiotów (takich jak butelki, metalowe pręty wyrwane z ogrodzenia, a nawet…kije do nordic walking) odbywa się także nieustannie między Opavą a miejscowymi, którzy widząc wszystko niestety nie wykazują się większą inwencją twórczą. Przez całą przerwę trwa próba zamknięcia bramy przez ochroniarzy, którzy w końcu używają gazu. Zupełnie niezrozumiała postawa miejscowych, których od Opavy oddzielała jedynie grupa ochrony, powoduje że Opava kończy całą akcję w pierwszych minutach drugiej połowy. Bilans starcia to jedna rozcięta głowa i kilka osób, które „przyjęły” gaz.

Doping w drugiej połowie nie gorszy od tego w pierwszej, pomimo niekorzystnego wyniku. Pojawia się także skromna oprawa, na którą składają się niebieskie pasy oraz żółte balony. Mecz kończy się porażką Opavy aż 2:5, w związku z czym po końcowym gwizdku piłkarze, którzy podeszli pod sektor wysłuchują od kibiców „kazania” – trwa ono dobre 5 minut, a piłkarze wysłuchują go ze skarconymi minami. Na koniec słowa otuchy do dalszej walki i wspólne śpiewy.

Wyjście ze stadionu bardzo mozolne, ponieważ milicja kameruje każdego wraz z dowodem osobistym. Zmieniamy więc koszulki i ruszamy przed światła kamer. Atmosfera już nieco inna niż w pierwszą stronę, pakujemy się w dwa autobusy i wracamy pod sporą eskortą na dworzec. Tam dochodzi do prowokacji przez grupkę miejscowych i następuje spore zamieszane – milicja biega po całym dworcu za rozporoszonymi kibolami, pałując i gazując jak leci. Jeden z prowokatorów zostaje powinięty. Zostajemy siłą wepchnięci po pociągu, milicja wpuszcza także gaz, stąd tez podróż do dworca w Ostrawie, gdzie mamy przesiadkę – bardzo uciążliwa. Na dworcu w Ostrawie jedynym ciekawym do odnotowania incydentem jest próba zaatakowania pociągu przez…samotnego fanatyka Banika. Jego zamiary szybko jednak weryfikuje rzeczywistość i wspomniany kibic udaje się z powrotem do domu. Podróż Ostrawa-Opava spokojna.

Po powrocie udajemy się jeszcze do baru, gdzie spożywamy posiłek, po czym ruszamy w drogę powrotną do domu. We Wrocku jesteśmy około północy. Podziękowania dla braci ze Śląska oraz dla Opavy za gościnę. Podsumowując wyjazd – czeski film.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *