Partizan Belgrad – Crvena Zvezda 27.02.2016 – okiem Motorowca

Od dłuższego czasu po głowie chodził nam plan, by odwiedzić Belgrad. Pomysł urodził się na greckich wczasach, a po powrocie szybko zaczęliśmy przygotowania do jego realizacji. Zakupiliśmy bilety lotnicze i zaklepaliśmy hostel – 29 euro za 4 noce w budynku przy deptaku w samym centrum Belgradu.

Wizja wyjazdu nabrała konkretnego kształtu i pozostało jedynie czekać modląc się o odpowiednią pogodę (ta na Bałkanach lubi płatać figle) oraz o to, by data derbów nie uległa zmianie – według terminarza miały się odbyć 27-go lutego, ale gdyby Partizanowi udało się zajść dalej w Lidze Europy istniało zagrożenie ich przesunięcia. Zima to sezon ogórkowy dla każdego polskiego fanatyka i każdy z utęsknieniem oczekuje kolejnych kibicowskich wrażeń. Pozostało nam już tylko zakupić bilety na sam mecz, jednak dowiedzieliśmy się, że te bez problemu można kupić na miejscu w kasach, ale postanowiliśmy spróbować inaczej. Jednym z członków naszej wyjazdowej ekipy był kibic Legii i to on zbombardował skrzynkę mailową klubu Partizan z pytaniem o wejściówki.

Ku naszemu zdziwieniu po dłuższym czasie otrzymaliśmy satysfakcjonującą odpowiedź – klub zaproponował nam 3 opcje – różnych sektorów wraz z cenami biletów. Wybraliśmy sektor środkowy obok sektora VIP za 1200 serbskich dinarow, przy czym obecnie 1 dinar to 4 polskie grosze, więc cena była bardzo atrakcyjna. Pozostało już tylko czekać na dzień wylotu. Podróż rozpoczęliśmy 25 lutego w czwartek, bo w planach mieliśmy jeszcze postój i nocleg u kolegi. JM – czynnego Motorowca na co dzień mieszkającego w Warszawie. W piątek wystartowaliśmy z Lotniska Chopina i tak jak wcześniej przypuszczaliśmy, oprócz naszej ekipy w samolocie znajdowało się kilkunastu Polaków z podobnym celem podróży. Lot trwał jedynie 85 minut, także już o 13 wylądowaliśmy na lotnisku Nicola Tesli, gdzie przywitały nas napisy cyrylicą i wielka reklama z wizerunkiem Roberta Lewandowskiego (jak się później okazało nie jedyna w mieście).

Po 40-minutowej podróży autobusem miejskim odebrał nas 3 Motorowiec, tym razem londyński emigrant, który dzień wcześniej przedzierał się samotnie z wysp przez Istambuł aż do Belgradu. Jako że była to już jego druga wizyta na derbach mogliśmy mu powierzyć stanowisko przewodnika. Dotarliśmy do hostelu i po szybkim ogarnięciu ruszyliśmy w miasto dokonać rozeznania, wypić piwo i spróbować serbskiego jadła. Kuchnia serbska tego dnia, jak i przez następne dni opierała się na wszechobecnym mięsie mielonym i pizzy.

Po dwóch dniach takiej diety nasz układ trawienny przeżywał koszmar. Zwiedzanie dalsze to kolejne lokale ze słynnym w pewnych kręgach już barem „Paun”. Kto śledzi kanał na You tube „Kartofliska” i oglądał „Jak nie zwiedzać Belgradu” będzie wiedział o co chodzi, ja osobiście polecam. Sam Belgrad jak i niektóre lokale ostro zalatują polskim PRL-em. Muzyka na żywo, „Serbski Tiesto” lat +60 za konsoletą, diva za mikrofonem i lokalny folklor. Krótko mówiąc klimat wymiata! Kolejny punkt turystyczny pierwszego wieczoru to bar Partizana, w którym umówieni byli Polacy z różnych ekip przybywający na derby. Od razu zaznaczam nie ten sam lokal w którym goszczony był łódzki układ kibiców Grobari. Dosyć specyficznym widokiem był kibic Partizana siedzący w koszulce Cracovii. Szybko jednak się okazało że lokal będzie za mały więc grupa około 25 kibiców z Polski ruszyła na poszukiwanie wrażeń w miasto. Szybko znaleziono lokal, gdzie resztę wieczoru spędzono na kibicowskich rozmowach. Osób z poszczególnych ekip było dość dużo – był ŁKS, Legia, Radomiak, Stilon, Beskid, Śląsk no i oczywiście My.

To, co piękne jest w narodzie Serbskim w każdym barze śpiewy, w tym akurat wszystkim do gustu przypadła piosenka o Serbskim Kosowie „oj kosovo kosovo” śpiewana przez cały bar, nie tylko kibiców chwytała za serce. (tu zaznaczam możliwość braku obiektywizmu jednego z relacjonujących, który jest zafascynowany Bałkanami:) Noc była długa, więc w kolejnym lokalu napotkano kibica BKS Bielsko a nawet kibica PSG jednego z głównych z Bolougne Boys. Po rozstaniu się z resztą kibiców zabraliśmy ze sobą Śląsk, by umacniać zgodę nawet poza granicami kraju (z tego miejsca pozdrawiamy kolegę Ś ze Śląska). Drugi dzień pobytu to sobota i derby, więc z rana (no, przed południem) odebraliśmy z kas naszykowane wcześniej dla nas bilety. Ogromne było zdziwienie miejscowych kibiców, gdy dostaliśmy bilety bez kolejki.

Odwiedziliśmy stadion Crveny i sklep znajdujacy się na stadionie Delije – właściwie dwa sklepy – klubowy i kibicowski. Obydwa naprawdę pokaźnych rozmiarów i z bogatym asortymentem, o którym większość polskich klubów może tylko pomarzyć.

Pod stadionem zjawiliśmy się na dwie godziny przed meczem, zasiedliśmy na trybunie i byliśmy pewni, że dokonaliśmy dobrego wyboru miejsc – mieliśmy doskonały widok na oba łuki, gdzie usytuowane były obie ekipy Delije i Grobari.

Stadion szybko się zapełnił i na oko mogło ich być po 7 tysięcy – na godzinę przed meczem był w połowie pełny. Obiekt przewidziany jest dla 32 tys widzów, a tego dnia z całą pewnością był nadkomplet. Pierwsza rzuciła się w oczy grupa Partizana za flagą +40 – około 100-200 osób, która jako pierwsza zaczęła doping na godzinę przed pierwszym gwizdkiem. Odpowiedź Delije była bardzo szybka, także w momencie rozpoczęcia meczu doping trwał już w najlepsze.

W 3 minucie pierwsze odpalone piro w rękach gospodarzy i zatrzymany mecz (później przerywany był jeszcze dwa razy). Ogólnie, jak na derby Belgradu przystało piro było dużo, a cały stadion był momentami zadymiony.

derby_belgradu_2016 (12)

Partizan szybko zdobył pierwszą bramkę, więc piro było jeszcze więcej – co ciekawe zarówno te gasnące, jak i w najlepsze palące się race leciały w kierunku murawy, tj. w kierunku ochrony lub policji. Ewenementem były ustawione wokół bieżni boiska specjalne kupy piachu, w celu gaszenia niedopałków. Niedługo później po stronie gości pojawiła się sektorówka, kolejne piro i czerwono białe baloniki.

Niesamowite jest w dopingu bałkańskich kibiców zgranie, mimo braku jakiegokolwiek nagłośnienia. Przyśpiewki były śpiewane równo i wyraźnie, ciężko stwierdzić z absolutną pewnością, ale mam wrażenie, że wyczucie rytmu dziedziczą w genach. Przez większość meczu doping jest prowadzony bez przerwy, a uczestniczy w nim niemal cały stadion. Dalsza część meczu to dwie bramki dla Crveny i kolejne widowiskowe piro.

derby_belgradu_2016 (8)

Race lądują na boisku, przewija się nawet rakietnica wystrzelona w kierunku kopaczy, a w końcówce meczu nawet dwa latające telefony rzucone w kierunku schodzącego do szatni piłkarza Zvezdy, przy czym jeden z nich doleciał do zamierzonego celu, jakim była głowa nieszczęśnika. Znalazł się nawet jeden bohater usiłujący sforsować bieżnię, ale został zatrzymany przez ochronę boiska. Chyba nikt nie wyobraża sobie w Polsce, że tutaj przerywany 3 razy mecz z ogromną ilością piro (myślę, że spokojnie było 200-250 rac), piłkarzem trafionym telefonem w głowę i wypuszczoną rakietnicą przeszedłby bez medialnego echa. A w Belgradzie? W gazetach i telewizji pełen spokój. Ciekawe, że akurat w tym aspekcie Polska tak bardzo zbliża się do Zachodu (moglibyśmy raczej zbliżać się do niego płacą minimalną 😉 Wracając jeszcze do meczu, to w drugiej połowie miała miejsce kolejna oprawa z pirotechniką przygotowaną przez grupę Shadows i  Vandal Boys – były to XV urodziny obu grup. Spotkanie kończy się wynikiem 2:1 dla Crveny, a my wychodzimy z żalem, że 90 minut minęło tak szybko.

Po dawce niesamowitych fanatycznych emocji udajemy się do jednego z lokali. Po angielsku w Belgradzie jest w stanie porozumieć się chyba każdy Serb, a my mimo sportowej garderoby nie mieliśmy problemu z wejściem gdziekolwiek. W jednym z lokali spotykamy ultrasów Eintrachtu Frankfurt. Co zabawne, doświadczyliśmy płochliwości Niemców – jeden zamienił się w Strusia Pędziwiatra, wystraszony przez naszego emigranta. W lokalu spotykamy też dwóch kibiców Partizana, a jeden z nich na telefonie pokazuje nam swoje niedawne dokonania z krojenia fany, a także doskonałą angielszczyzną oznajmia nam, że „fuck the Widzew”, po czym zapragnął z jednym z Motorowców wymieniać się koszulkami i przybijać zgodę. Mimo całej sympatii podziękowaliśmy za propozycję i udaliśmy na wypoczynek. W niedzielę jeden z nas wracał do Londynu, więc czekała go kolejna podróż na okrętkę przez Istambuł (ma kolega zdrowie!).

Resztę czasu poświęciliśmy zwiedzaniu – twierdza Belgrad i zamek, a także wieżowiec stojący w centrum miasta z widocznymi skutkami bombardowań wojennych z lat 90-tych. W poniedziałek udaliśmy się na mecz koszykówki i spotkanie Partizana z Cedevitą. Długo zajęło nam poszukiwanie hali, w której miało odbyć się to spotkanie, bo w Belgradzie są przynajmniej 3 takie hale. Dowiedzieliśmy się, że przedsprzedaż nie jest prowadzona, a kasy będą otwarte na dwie godziny przed meczem. Niestety wieczorem spóźniliśmy się – dotarliśmy lekko spóźnieni, a jak się okazało – bilety zostały wykupione w 30 minut. Koszykówka w Serbii jest równie popularna co piłka nożna, a kibice obu derbowych klubów równie mocno wspierają tą sekcję. Po lekkim wkurwieniu i oswojeniu z myślą że jednak nie będzie dane nam zobaczyć tego meczu, pod halą podbija do nas konik. Szybki zakup, 500 dinarów i emocje wracają. Jeśli ktoś jest ciekaw, czy warto iść na jakiś mecz koszykówki odpowiadamy – WARTO. Stwierdzę nawet, iż jest to obowiązkowy punkt w Belgradzie zwiedzania dla każdego fanatyka. To, co stworzyli kibice Partizana na hali to niezapomniany klimat. Hala pękająca w szwach, z miejscem na około 3 tysiące ludzi, ale podobnie jak na stadionie – był nadkomplet.

Dopingiem zajęła się grupa Vandal Boys i przez większość spotkania cała hala  dopinguje. Na hali upał, Unia do Serbii nie zagląda, więc palenie papierosów wszechobecne: w barze, restauracji czy nawet hali sportowej. Gdy Vandall Boys odpalają jeszcze w młynie saletrę przy ogłuszającym dopingu to wrażenie staje się nie do opisania. Jest moc! Trzeba dodać, że młynowy w Serbii naprawdę ma posłuch. Gdy podnosił rękę do góry naśladowała go absolutnie cała hala, w Belgradzie żwawo dopinguje nawet 80-letni dziadek machając energicznie szalem i skacząc do góry.

Trzeba docenić też pomocników bębniarza, którzy nie wypuszczają bębnów z rąk. Drużyna gospodarzy wysoko wygrywa i zmierza w porównaniu do piłki w kierunku mistrza kraju. Po kolejnych emocjach kibicowskich byliśmy pod jeszcze większym wrażeniem. Po meczu ekipa sportowa Partizana w ciągu chwili zbiera się w ustronnym miejscu i dozbraja się we wszelakiego rodzaju sprzęt (bałkański klimat) i wraca razem. To, co przeżyliśmy w Belgradzie jest nie do opisania – nie odda tego żadna fotka ani żaden filmik, których mamy dużo i na pewno się z wami podzielimy. Zmierzając ku końcowi – we wtorek wieczorem wracamy do kraju, po 5 dniach spędzonych w Belgradzie.

To, co warte zaznaczenia to fakt, że oprawy w Belgradzie to jeden wielki spontan – u nas oprawy planowane są co do minuty. Na całość na pewno wpływają grożące kibicom w Polsce restrykcje, które zmuszają nas do takiego, a nie innego trybu kibicowania. Tam tzw. pikole sami podkręcają tempo i zachęcają młyn co coraz to bardziej fanatycznego dopingu – przykładem była dziewczyna, zajmująca na stadionie miejsce za nami. Większość czasu patrzyła na nas krzywo z wyraźnym zdumieniem, że możemy tak spokojnie stać. Ponadto pierwszy raz widziałem aż tak rozśpiewanych kibiców. Jeśli ktoś stwierdzi, że Polacy są rozśpiewani i bawią się po słowiańsku to jest w sporym błędzie. Daleko nam do serbskiego wyczucia rytmu (nie tylko na stadionach, ale i w lokalach). Tam dopinguje absolutnie każda grupa wiekowa: młodzi, starzy, kobiety i mężczyźni, przy czym przeważają pieśni patriotyczne i nacjonalistyczne z tematyką Kosova. Serbowie nastawieni przyjaźnie, bardzo gościnni i wdzięczni za wsparcie w temacie Kosova. Derby Belgradu to dla nas wycieczka, która każdemu zapadła głęboko w pamięć. Wrociliśmy z przekonaniem, że to pierwsze, ale nie ostatnie nasze derby. Tym razem może wybierzemy się na stadion Zvezdy, który robi kolosalne wrażenie. Podziękowania i pozdrowienia dla wszystkich, których dane było nam spotkać, bo ilość Polskich kibiców a szacowana jest w okolicy 200-300 osób pokazuje jak niezwykłe są to derby.
A więc cdn. 😉 Jebać Albanię!! Kosowo Jest Serbskie!!

autorzy: S. M.

derby_belgradu_2016 (6)

14 myśli nt. „Partizan Belgrad – Crvena Zvezda 27.02.2016 – okiem Motorowca

  1. I to jest właśnie klimat a nie jak u nas wielcy Hools w większości na pokaz staną z boku z sektora z założonymi rekami i nie dają z siebie kompletnie nic,a w młynie w większosci małolaty i dzieciarnia. Tam nie ma podziałów każdy się angażuje i w tym tkwi ta ich zajebista atmosfera .Takie właśnie Bałkany my mieliśmy w latach 90 na stadionach .

    • To zalezy jeszcze gdzie, bo sa w Polsce ekipy i te mniejsze i wieksze, co pilnuja wew porzadku i uczestnicza w dopingu wszyscy hoolsi i malolaci. Niemniej zgoda z tym, ze duzo kumatych hoolsow ubranych na czarno ma na doping wyjebke.

  2. Kolegę poniosła chyba ułańska fantazja 🙂
    Przecież Serbowie nie wiedzą co to jest Motor Lublin a juz na pewno chcieli się wymienić na barwy. Jaja!!!!!!!!!!
    Zejdź na ziemię albo odstaw leki 🙂

    • Byłeś widziałeś jak twój żydowski klub jebali Serbowie . Trzeba było powiedzieć jakie są wasze korzenie rodem od schechtera . A nie tylko 40 + . Damskie się nie liczą

      • strasznie jesteś agresywny 🙂
        więc odejdź od monitora i
        idź na trening to ci głupota przejdzie…
        PS. jeśli uciekałeś przed nami na swoim stadionie to jest mi niezmiernie przykro 😉 dlatego wal w klawiaturę i rozklejaj vlepki w Belgradzie, tylko to ci zostało lubelski „gangsterze” bez odbioru

  3. Fajna relacja z tej wyprawy. Bardzo dobrze się to czyta, znacznie lepiej niż niektóre relacje z TMK+. Faktycznie z filmiku Rzeźnika kojarzę ten lokal. Powiedz mi jeszcze jak to wygląda z napitkiem, jak to cenowo tam wygląda oraz kwestia kosztów jedzenia? Taniej niż u nas, czy jest to na podobnym poziomie?

    • Trochę taniej niż u nas w kraju, ale na cuda nie ma co liczyć choć w ogólnym rozrachunku najdrożej wyszedł lot. Na plus super noclegi mega tanie w samym centrum!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *